Jak się zaczęła nasza podróż dookoła świata?

My trzymając mały globus.

W poprzednim wpisie z serii „Praktyczne” wymieniliśmy najważniejsze naszym zdaniem rzeczy, od których należy zacząć planowanie podróży marzeń. Dzisiaj opowiemy Wam jak to się stało, że i my ruszyliśmy w podróż naszych marzeń – podróż dookoła świata.

Skąd ten pomysł?

Zawsze powtarzamy, że podróżowanie od początku było jedną z naszych wspólnych pasji. Każda podróż – ta bliska i te dalekie, jednodniowe i na tydzień czy dwa – zawsze sprawiały nam radość. W pewnym momencie zaczęliśmy jednak czuć, że te wszystkie wyjazdy to to dla nas jakby trochę za mało. Że obydwoje chcielibyśmy pojechać gdzieś daleko, a nawet jeszcze dalej i na znacznie dłużej niż dwa tygodnie urlopu od pracy.

I kiedy tak coraz więcej na ten temat rozmawialiśmy, w głowach zaczęła nam kiełkować myśl – a może by tak zostawić wszystko i wyruszyć w długą podróż? Tylko dokąd…? Na jak długo…? Kiedy…? Pierwsze nieśmiałe myśli zaczęły klarować się w coraz bardziej wyraźny pomysł – wyruszmy w podróż dookoła świata! I nagle poczuliśmy się, jakby cały świat sprzymierzył się z tą ideą. Okładka kupowanego przez nas magazynu głosiła „Stać cię na podróż dookoła świata!”. W programach podróżniczych jako gości zapraszano osoby, które wróciły z takiej podróży. W internecie co chwilę trafialiśmy na artykuły i wywiady, a później też na blogi osób podróżujących dookoła świata. Pozornie szalony pomysł wcale nie był już aż tak szalony.

W końcu przyszedł ten moment, kiedy powiedzieliśmy sobie – Jedziemy! To był wrzesień 2014 roku.

Musimy się „tylko” przygotować 😉

Od planu do jego realizacji zwykle jednak upływa trochę czasu. Jedną z naszych pierwszych myśli było, że w podróż wyruszymy wraz z nowym rokiem. Szybko jednak okazało się, że nie uda nam się wyjechać aż tak szybko, jak byśmy chcieli.

Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że od razu podjęliśmy decyzję, że to będzie czas tylko dla nas. Czas skupiony na podróży i realizacji wspólnego marzenia, poznawaniu krajów, które odwiedzimy, ludzi, różnych kultur i kulinariów. Od razu więc wykluczyliśmy „możliwość dorabiania”, gdyby zaczęło nam brakować pieniędzy. Czyli już przed wyjazdem musimy przewidzieć z jakimi kosztami całkowitymi musimy się liczyć… i uzbierać całą resztę, której nam brakowało.

Już na tym etapie mocno ograniczyliśmy nasze wydatki i pomału zaczęliśmy „wyprzedawać” część rzeczy zalegających w wynajmowanym mieszkaniu. Nasz entuzjazm ciągle rósł, ale kiedy opowiadaliśmy rodzinie i znajomym o naszym marzeniu, wszyscy dookoła nas stukali się w głowy. Nikt do końca nie wierzył, że faktycznie wyruszymy. „A po co wam to?”, „Nie szkoda pieniędzy?”, „Nie lepiej wydać te pieniądze na mieszkanie?”. Im więcej słuchaliśmy, tym bardziej powtarzaliśmy – Jedziemy!

Zacznijmy od listy krajów

Cała organizacja naszej podróży dookoła świata szła takimi falami. Najpierw wybraliśmy kraje, które chcielibyśmy odwiedzić. Wiedzieliśmy, że chcemy okrążyć Ziemię dookoła – jeśli więc lecimy na zachód to wracamy ze wschodu. Chcieliśmy też podążać za latem, żeby maksymalnie ograniczyć ilość naszego ekwipunku. Każde z nas miało też swoje marzenia, gdzie chciałoby pojechać. Wypisaliśmy więc dwie listy krajów i później je połączyliśmy.

Z niektórych miejsc musieliśmy zrezygnować – Patrycja z Kuby i Nepalu, a Dawid z Japonii. Kuba nie utrzymywała wówczas stosunków dyplomatycznych z USA, co mocno by komplikowało trasę. W Nepalu niewiele wcześniej miało miejsce tragiczne w skutkach trzęsienie ziemi, a Japonia to byłby kolejny „drogi” kraj na naszej liście. Singapuru początkowo w ogóle nie mieliśmy w planach, a decyzję podjęliśmy w Kambodży, kiedy stwierdziliśmy, że przyda nam się kilkudniowy city-break. Za to fantastyczne Fidżi, można powiedzieć, wyszło trochę przypadkiem – chcieliśmy zobaczyć „jakieś wyspy na Pacyfiku”, a bilety na Fidżi były tańsze niż np. na Wyspę Wielkanocną czy Hawaje.

Z taką mniej-więcej przygotowaną listą krajów, jeszcze bez konkretnego określania ram czasowych na każdy z nich, w grudniu 2014 zaczęliśmy szukać biletów lotniczych. Po różnych analizach ostatecznie zdecydowaliśmy się kupić gotowe bilety dookoła świata w jednej z agencji, ale kupiliśmy je dopiero w kwietniu 2015. O tym napiszemy już niedługo w osobnym poście.

Coraz więcej konkretów

W międzyczasie załatwiliśmy wizy do USA i zorientowaliśmy się w jakich krajach potrzebujemy wizy przed przyjazdem, a gdzie możemy dostać wizę na granicy (o wizach również rozpiszemy się troszkę bardziej). Do tego kilka wizyt w gabinecie lekarskim, żeby sprawdzić stan zdrowia przed wyjazdem i zaszczepić się na najróżniejsze choroby. Niektóre szczepienia były bardziej niż kombinowane – druga doza wścieklizny przyjmowana w Hiszpanii (gdzie wtedy chwilowo mieszkaliśmy), a ostatnią dawkę WZW A u Patrycji i WZW A+B u Dawida przyjmowaliśmy w Bangkoku wraz ze szczepieniem na japońskie zapalenie mózgu. Mimo takich kombinacji udało nam się jednak nie przegapić żadnej dawki. Dużo łatwiejsze do zorganizowania okazały się ubezpieczenia – nas i sprzętu w trakcie całej podróży oraz różne konta walutowe, karty debetowe i kredytowe. Ale o tym także będzie szczerzej w osobnych wpisach w serii „Praktyczne”.

Niby mieliśmy już zaplanowane główne punkty trasy i kupione bilety lotnicze, do tego załatwione ubezpieczenia, najważniejsze wizy i szczepienia, a rodzina i przyjaciele, mimo wcześniejszych obaw, przyjęli za fakt brak możliwości odciągnięcia nas od planu… To jednak lista rzeczy do zrobienia i przygotowania przed wyjazdem wciąż się wydłużała.

Daty lotów na każdy z kontynentów mieliśmy z góry ustalone, a pierwszy z nich zaplanowany był na dzień 15 sierpnia 2015 r. Prawdziwy ogień przygotowań zaczął się dwa tygodnie przed tą datą. Całą resztę naszych rzeczy, których nie sprzedaliśmy, musieliśmy „przeprowadzić” w kartonach do rodziców. Ale najważniejsze było zorganizować całą resztę brakujących nam jeszcze rzeczy na podróż i spakować się tak, żeby niczego najważniejszego nie zapomnieć. Czy głupio zabrzmi, kiedy powiemy, że ostatnie rzeczy, w tym m.in. Dawida buty trekkingowe, kupowaliśmy w wieczór przed wylotem do Londynu? 😉

I w końcu przychodzi ten dzień

W dużym tempie i zamieszaniu, udało nam się wszystkiego dopiąć i spakować, nie zapominając niczego, co chcieliśmy zabrać. Po kilkukrotnym przepakowaniu plecaków, ostatnia noc w Polsce była dla nas jak leżenie na szpilkach. Podekscytowanie niemal nie pozwalało nam spać, a poranek przyszedł szybciej niż sądziliśmy.

W końcu, po 11 miesięcy przygotowań, zmęczeni, ale bardzo pozytywnie nakręceni, wyruszyliśmy w podróż naszych marzeń.

Przez rok przemierzaliśmy nieznane nam wcześniej regiony świata, o których dotychczas jedynie słuchaliśmy opowieści. Dziś sami możemy opowiadać o naszych przygodach i przeżyciach, czasem coś komuś doradzić albo odradzić. I nie będziemy ukrywać – sprawia nam to wielką przyjemność! Dlatego wszystko, co wydaje nam się być wartościowe, staramy się zapisać na tym blogu.

Menu