Turcja – wakacje all inclusive

Leżaki na molo przy Hotelu Jasmin Beach Resort w Turcji

Może niektórzy z Was zastanawiają się, jak wyglądają wakacje all inclusive w pięknym kurorcie, nad brzegiem ciepłego morza.

Też się nad tym zastanawialiśmy, ale za każdym razem kiedy oglądaliśmy katalogi biur podróży, jakoś ciężko było zdecydować, który kierunek byłby najciekawszy. Inną zupełnie kwestią była cena, która zawsze wydawała nam się zbyt wygórowana.

Pół roku po ślubie nadal nie mieliśmy za sobą podróży poślubnej, kiedy więc pewnego dnia dostaliśmy telefon – „Słuchajcie, mamy kupioną na czerwiec wycieczkę – wakacje all inclusive w Turcji, hotel 5*, cena bardzo okazyjna… ale nie możemy lecieć. Jesteście zainteresowani?” – oczywiście byliśmy. Kilka telefonów, szybka rozmowa z szefem na temat urlopu, w weekend wizyta w biurze podróży i byliśmy prawie gotowi. Zostało czekać cierpliwie do czerwca…

Turcjo – nadlatujemy!

Poranny lot z Poznania. To podekscytowanie – w końcu wakacje! W dodatku Turcja w wysokim standardzie. Mieliśmy świadomość, że hotel był jeszcze wykańczany, bo de facto dopiero kilka dni wcześniej został oddany do użytku wczasowiczów, ale na forach internetowych goście pisali o wielkim bankiecie, jaki odbył się dzień przed naszym przylotem, więc byliśmy nastawieni pozytywnie.

Widok z okna samolotu
Widok z okna samolotu

Zaskoczenie przyszło na lotnisku w Antalyi, kiedy pani rezydent po pełnym uśmiechów i serdeczności przywitaniu zapytała nas:
„Państwo do Anabelli, prawda? To zapraszam do autobusu. Anabella jest zamknięta i przenosimy teraz wszystkich gości do innych hoteli. Jest ich pięć, ale ciężko mi w tym momencie powiedzieć, do którego z nich Państwo trafią”.
Ale jak zamknięta?! Wczoraj był przecież wielki bankiet, uroczysta kolacja, goście na forach pisali, że….
Oczywiście, odbył się bankiet, a po bankiecie była awaria – kuchnia nie działa, problemy z elektrycznością, w dodatku dla gości dostępne są tylko 3 piętra, bez windy i klimatyzacji, łazienki nie wszędzie są wykończone, a całymi dniami po hotelu krążą pracownicy budowlani… W którymkolwiek hotelu byście Państwo nie zostali umieszczeni, będzie tam na pewno lepiej, jak w Anabelli.”

Jasmin, czyli „słońce i zabawa”

Zostaliśmy przydzieleni do hotelu Jasmin. Otwarty blisko dziesięć lat wcześniej (ufff….), więc wszystko w nim działało. Pierwsza noc była męcząca – w pokoju z oknami wychodzącymi na plac budowy kolejnego hotelu (młoty chodziły do północy…), ale po krótkiej rozmowie w recepcji następnego dnia przenieśliśmy się do pokoju z widokiem na morze i baseny.

Plaża piękna, choć niestety kamienista, tylko dla gości hotelowych, a gdyby któryś z gości nie lubił słonej wody – cztery baseny z wodą słodką do wyboru. Woda w morzu ciepła (jak dla nas) 21-22 °C, w basenach nawet do 26 °C, bezchmurne niebo, więc idealna okazja, żeby się w końcu opalić. Leżaki, bary z przekąskami i napojami – wszystko dostępne „za darmo” po okazaniu bransoletki hotelowej w kolorze all inclusive. Gdyby komuś nie smakowała kuchnia w restauracji hotelowej, to w odległości do 300 m od hotelu można było znaleźć kilka innych restauracji.
Grupa młodych ludzi w pomarańczowych podkoszulkach dbała też o rozrywki dla gości i ich dzieci. Każdego dnia koło głównego basenu ustawiona była tablica z propozycjami zajęć i różnego rodzaju animacji – od aerobiku przy basenie, przez gry zespołowe dla chętnych, po „domowe przedszkole” z teatrzykami i zabawami dla dzieci, których rodzice chcieli mieć w końcu czas dla siebie. Wieczorem w hotelowym amfiteatrze (choć to zdecydowanie za duże słowa wspominając jego faktyczną wielkość) odbywały się różnego rodzaju przedstawienia, wystąpiła m.in. azjatycka grupa cyrkowa, kilku magików z pokazem swoich umiejętności czy grupa taneczna, która prezentowała tradycyjne tańce z różnych części świata. Na podsumowanie dnia, dla chętnych dyskoteka…

Grupa akrobatów wykonująca piramidę ludzką
Pokazy akrobatyczne na scenie Hotelu Jasmin

Można powiedzieć – Wakacje idealne dla każdego umęczonego monotonią zapracowanej codzienności!

I oczywiście takimi były i dla nas, aż do trzeciego dnia.
Spiekliśmy się jak raki, wszystko nas bolało i wyglądaliśmy co najmniej śmiesznie. Kąpiele w morzu były bardzo kojące, a leżenie w cieniu na leżaku i czytanie zaniedbanej od dłuższego czasu książki, było bardzo relaksujące. Ale to wszystko w pewnym momencie zaczyna nudzić, bo przecież ile można leżeć i pływać na zmianę… Przekąski i napoje orzeźwiające w barach też już się zaczęły mocno powtarzać, więc coraz mniej chętnie je odwiedzaliśmy. A może dałoby się jakoś urozmaicić tę beztroskę?

Wycieczki fakultatywne

Na szczęście istnieje coś takiego jak wycieczki fakultatywne. W hotelu pani rezydent zaproponowała kilka z nich do wyboru – ceny zaczynały się od 20€. Można było m.in. wziąć udział w rafingu lub safari, popływać z delfinami czy zwiedzić Kapadocję lub Pamukkale (niesamowite naturalne tarasy z wapiennych skał osadowych, wpisane na liście światowego dziedzictwa przyrodniczego UNESCO). Ceny na zwiedzanie wspomnianych miejsc wahają się w granicach 30-60€, w zależności od liczby dni. Warto zapoznać się z różnymi rodzajami wycieczek przed podróżą, aby odpowiednio rozplanować sobie czas i finanse. Przykładowe wycieczki fakultatywne wraz z cenami można znaleźć na stronach niektórych biur podróży (np. tutaj lub tutaj).

Mimo że bardzo chcieliśmy zobaczyć Pamukkale, niestety musieliśmy zrezygnować – wycieczka była dwudniowa i kończyła się w dniu naszego powrotu do Polski. Wykupiliśmy więc zwiedzanie Alanyi wraz obiadem i godzinnym rejsem po morzu.
Co zabawne, tego samego dnia pani rezydent poinformowała nas, że w ramach przeprosin za relokację, organizator zaprasza nas na darmową całodniową wycieczkę do Alanyi (ha!) i kolację w jednej z restauracji w okolicy – japońskiej, włoskiej lub morskiej. Wybór restauracji nie był trudny, ale gdybyśmy wiedzieli ciut wcześniej, że pojedziemy za darmo do Alanyi…  Na szczęście plany różniły się od siebie, więc zobaczyliśmy więcej. Ewentualnie można byłoby jeszcze próbować zmienić wycieczkę fakultatywną, ale czas do naszego wylotu i dostępność miejsc pozwoliłaby nam jedynie na rafting, a to niekoniecznie nam pasowało.

Alanya

Niewielkie, otoczone górami miasto portowe na Riwierze Tueckiej, w którym turystyka skupia się główne przy statkach wycieczkowych, na plaży i punktach widokowych.

Pierwszym punktem zwiedzania Alanyi było pokazanie turystom „tradycyjnych” wyrobów regionalnych, czyli sklepów jubilerskich i z wyrobami ze skór. Świecidełka aż mieniły się w oczach. Kurtki i płaszcze skórzane, futra z lisów, norek czy szynszyli tak pięknie układały się na ciele, że aż się nie chciało ich zdejmować w tym zimnym, klimatyzowanym sklepie. Ceny jednak powalały. Oczywistym było, że na starcie udawało się zejść przynajmniej o 1/3 z ceny wyjściowej – targowanie się w Turcji to przecież element zakupów. Klient się nie targuje? Co to za klient?! Z szacunku dla sprzedawcy zawsze trzeba chociaż chwile ponegocjować. I klient jest wtedy bardziej zadowolony z zakupów i sprzedawca usatysfakcjonowany.

Widok na port w Alanyi
Widok na port w Alanyi

Po sklepach pojechaliśmy na punkty widokowe – jeden na tarasie w górach Taurus, otaczających miasto, a drugi na wzgórzu Kale. Z obu rozciągał się piękny widok na port, plażę i panoramę miasta. Dodatkowo na wzgórzu Kale mieliśmy przerwę na obiad i chwilę zwiedzania. Z bliska mogliśmy zobaczyć symbol Alanyi, Twierdzę Kalesi, zbudowaną w XIII wieku przez Turków Seldżuckich, do dziś zachowaną w dobrym stanie. W obrębie murów zamku znajdują się ruiny meczetu, karawanseraju (czyli domu zajezdnego dla karawan)  i bazaru, a w środku pozostałości cystern i bizantyjski kościół – na to jednak nie mieliśmy już czasu. Ku miłemu zaskoczeniu podczas rejsu statkiem udało nam się dodatkowo zobaczyć kilkanaście z około 150 wież, będących częścią twierdzy.

Czym byłoby zwiedzanie Alanyi bez słynnej plaży Kleopatry? Według legendy, na tej właśnie plaży niegdyś spotykali się Kleopatra i Marek Antoniusz, który dla swojej ukochanej sprowadził biały piasek aż z Afryki. Plaża sama w sobie jest piękna, otoczona górami, a woda krystalicznie czysta i aż żal było ją jedynie oglądać z piaszczystego brzegu.

W rejonie Plaży Kleopatry zwiedziliśmy jeszcze jaskinię Damlataş, zwaną też jaskinią Kapiącego Kamienia. Wewnątrz panuje specyficzny mikroklimat, który rzekomo pomaga osobom z astmą lub chorobami płuc. Każdego roku do Alanyi, jak do sanatorium, przyjeżdżają turnusy pacjentów, dla których organizowane są w jaskini specjalne kilkugodzinnne seanse lecznicze.

Na podsumowanie czekał nas rejs statkiem…

Statek turystyczny wypływający z portu w Alanyi w Turcji
Statek turystyczny wypływający z portu w Alanyi

Podczas pierwszego rejsu wypłynęliśmy jedynie niedaleko portu. Kiedy w drodze statek zatrzymał się przy skałach, przewodnik zaczął opowiadać nam o Jaskini Aşiklar. Jaskinia Zakochanych, bo o niej mowa, to miejsce, w którym spotykali się ludzie zakochani, którzy nie mogli być razem. Jedna z legend głosi także, że w grocie tej piraci przetrzymywali swoje niewolnice i skarby. Oddalona od miasta i ukryta w skale – niewątpliwie skrywa wiele ciekawych historii.
Jaskinia jest dostępna dla zwiedzających. Posiada dwa wejścia, znajdujące się na przeciwległych ścianach półwyspu, a odległość między nimi wynosi około 75 m. Ponieważ wejścia znajdują się na wysokości 8 metrów nad poziomem wody, dostanie się do groty wymaga pewnej sprawności fizycznej. Ku naszemu zaskoczeniu, pod koniec opowieści w wejściu do groty pojawił się mężczyzna. Po upewnieniu się, że wszystkie oczy zwrócone są na niego, majestatycznie wskoczył do wody, a następnie podpłynął do naszego statku. W taki sposób młodzi mężczyźni „dorabiają” sobie na turystach.

Podczas drugiego rejsu popłynęliśmy z portu w stronę plaży Kleopatry. Z morza widok na nią jest równie imponujący jak z brzegu. Podczas tego rejsu nie było opowieści o Jaskini Zakochanych. Mieliśmy za to możliwość popływania na otwartym morzu.  Woda wspaniale ciepła i tak krystalicznie czysta, że choć było pod nami około 15 m wody, bez problemu widać było kamienie na dnie i pływające pod nami ryby.

Odpoczynek na leżaku z książką i szklaneczką rakii
Relaks na plaży

Po atrakcjach zarówno pierwszej, jak i drugiej wycieczki do Alanyi, wracaliśmy do hotelu umęczeni i szczęśliwi. Przyjemnie było pójść poleżeć na leżaku ze szklaneczką czegoś orzeźwiającego. I nawet „monotonia” ostatniego dnia, który nam został w Turcji, była relaksująca.

Nasze wrażenia

Doświadczenie bardzo przyjemne i ciekawe. Uświadomiło nam jednak, że jeden wyjazd na wakacje all inclusive w zupełności nam wystarczy.
Taka forma wakacji to nie dla nas!

Koszty: 7 dni, all inclusive, w hotelu 5* w Turcji na początku sezonu – 3 500,00 zł dla dwóch osób. Do tego dla chętnych dochodzi koszt wycieczek fakultatywnych, który zależy od rodzaju atrakcji. Koszt lotu zawarty w cenie wakacji, wylot z Poznania, więc koszt dojazdu na lotnisko mieliśmy w miesięcznym bilecie miejskim.

Czy to dużo? Według nas tak.
Da się podróżować dużo taniej, widząc dużo więcej. Ale wtedy najczęściej nie jest to all inclusive. Jednak jeśli kogoś stać na takie wczasy i przede wszystkim lubi „robić nic” na urlopie, to takie wyjazdy w 100% polecamy 😉

 

Informacje praktyczne

  • Odradzamy picie wody z kranu – nie jest to co prawda tak ryzykowne, jak picie wody np. w Egipcie, jednak wciąż są spore szanse, że nasz żołądek nie będzie współgrał z kulturami bakterii z Bliskiego Wschodu. My się pilnowaliśmy i obyło się bez rewolucji.
  • Dobrze jest zabrać nieco pieniędzy w drobnym nominale – na napiwki dla pokojówki czy kelnera. Pomimo tego, że wszystkie posiłki i napoje mieliśmy w cenie, to napiwki dla kelnera czy barmana znacząco wpłynęły na jakość (i szybkość) obsługi.
  • Oprócz zwykłych napiwków, w Turcji jest jeszcze coś takiego jak bakszysz (taki napiwek-jałmużna) – np. w autobusach czy dolmuszach (charakterystyczne, tureckie mikrobusy) często znajdzie się koszyk na drobne, do którego można wrzucić jakiś grosz przy wysiadaniu. Należy jednak uważać, bo coraz częściej bakszysz staje się dodatkową formą wyciągania pieniędzy z turystów.
  • Przed pobytem warto dowiedzieć się jak wygląda najbliższa plaża, gdyż często zdarzają się kamieniste. My zabraliśmy z Polski buty do pływania (takie ochronne na stopy) i był to strzał w dziesiątkę. Widzieliśmy sporo osób męczących się na kamieniach, a później przepłacających w hotelowym sklepiku za takie same buty.
  • Z Turcji nie wolno wywozić kamieni (np. znalezionych na plaży), bo może się to wiązać z poważnymi konsekwencjami w przypadku kontroli bagażu. Przepisy mówią o zakazie wywożenia „artefaktów historycznych”, których definicja jest dość szeroka i rozmyta. Znany jest przypadek Amerykanina aresztowanego (sic!) za próbę wywiezieniach dwóch kamieni znalezionych na plaży (więcej o jego przypadku przeczytacie tutaj).

Galeria

Menu