„Skądkolwiek wieje wiatr zawsze ma zapach Tatr”

Widok spod Rys na Morskie Oko i otaczające je Tatry.

Każdy ma swoje miejsca, do których lubi wracać, gdzie ludzie zupełnie obcy są niemal jak rodzina. Słowa Jana Sztaudyngera idealnie opisują jedno z naszych ulubionych miejsc. Jest nim Murzasichle – mała miejscowość w Polskich Tatrach, niedaleko Zakopanego. Wchodząc do domu pani Marii, za każdym razem czujemy się jakbyśmy odwiedzali ulubioną ciocię. Wiemy, że jeśli zadzwonimy, że chcemy przyjechać dla nas znajdzie się miejsce, choćby miała komplet gości w pensjonacie. Jeździliśmy tam i zimą, i latem, ale że Tatry późnym latem wyglądają niesamowicie, dziś opiszemy nasze letnie wakacje w Murzasichlu.

Tatry szlakiem

Tym razem wybraliśmy dość „klasyczne” trasy. Nie umniejsza to jednak widoków, jakie nas witały.

Morskie Oko i Czarny Staw pod Rysami

Na pierwszą trasę wybraliśmy  Morskie Oko, czerwonym szlakiem z Palenicy Białczańskiej. Cena parkingu oczywiście powaliła nas z nóg, ale niewiele wyjść awaryjnych w tej sytuacji mieliśmy. Przejście całej trasy, z małymi przerwami na zdjęcia, zajęło nam około 2 godzin. Trasa niemal w całości asfaltowa więc można czasem spotkać turystę/kę w japonkach czy butach na koturnie – generalnie co kto lubi 😉 Pogodę tego dnia mieliśmy optymalną – około 22 °C i słonecznie. Dopiero, gdy byliśmy niedaleko Morskiego Oka, na niebie pojawiły się pierwsze chmury.

Morskiego Oka wcześniej nie widzieliśmy więc zrobiło na nas duże wrażenie – czyste, zimne, otoczone górami. Nic dziwnego, że zostało wybrane przez The Wall Street Journal jako jedno z pięciu najpiękniejszych jezior na świecie (tutaj możecie znaleźć całą listę). Idealne miejsce na śniadanie z pięknym widokiem. Jedyny minus, to że zawsze jest tam trochę tłoczno. Szybko więc zapakowaliśmy plecaki i poszliśmy dalej, dookoła Morskiego Oka. Tutaj już znacznie mniej turystów przychodziło. Jeszcze mniej spotkaliśmy ich na trasie, która znad Morskiego Oka prowadzi pod Rysy. Trasa czasowo krótka, jedynie pół godziny od znaku kierującego na Czarny Staw pod Rysami, ale kamienista i w japonkach lepiej się tutaj nie zapuszczać. Nie ma co ukrywać, że troszkę się zmęczyliśmy, ale zdecydowanie warto było. Widok z góry na Morskie Oko był znacznie lepszy niż ten z dołu, który już był piękny. Niestety za długo nie mogliśmy się cieszyć tym niesamowitym pejzażem, bo pogoda postanowiła zmienić się ze słonecznej w deszczową. Jedno jest pewne – jeśli wybierzemy się jeszcze raz nad Morskie Oko, to przede wszystkim po to, by jeszcze raz zobaczyć je z perspektywy Czarnego Stawu pod Rysami.

Dawid stojący przy Czarnym Stawie pod Rysami, patrzący w górę, Rysy w tle.
Czarny Staw pod Rysami

Dolina Pięciu Stawów Polskich

Nasza druga trasa jest równie znana jak pierwsza. Tak samo zaczęliśmy czerwonym szlakiem z Palenicy Białczańskiej i za Wodogrzmotami Mickiewicza skierowaliśmy się na zielony szlak przez Dolinę Roztoki. Trasa bardzo malownicza, miejscami równa, później zaczyna piąć się w górę. Częściowo prowadzi przez lasy, gdzie znajdują się liczne kładki i mostki, nie można wtedy podziwiać widoków, ale na pewno można odpocząć od słońca.

Idąc tą trasą zatrzymaliśmy się przy największym wodospadzie w Polsce – Siklawie. To wodospad o wysokości 65m, zasilany wodami z Wielkiego Stawu Polskiego. Do samego wodospadu można swobodnie podejść i my oczywiście to zrobiliśmy.

Widok na Wielki Staw Polski i Tatry w tle.
Wielki Staw Polski

Z tego miejsca na trasie do Stawów jest już tylko kawałek drogi. Przeszliśmy więc nad Wielki Staw, później przy Czarnym Stawie nazbieraliśmy jagód i zrobiliśmy sobie krótki odpoczynek. Stamtąd obok Małego i Przedniego Stawu ruszyliśmy w drogę powrotną. Do zobaczenia został nam jeszcze Zadni Staw, ale to już przy innej wędrówce.

Dolina Kościeliska

Na ostatni dzień naszego chodzenia po górach wybraliśmy Dolinę Kościeliską i szlak do Hali Ornak. Nie jest to specjalnie wymagająca trasa, ale bardzo urokliwa i idealna na odpoczynek po wysiłkach dni wcześniejszych. Po dojściu do schroniska PTTK w Hali Ornak i małej przerwie w rewelacyjnych miejscu otoczonym lasami, z widokiem na Błyszcz Bystrą i Kominiarski Wierch, ruszyliśmy dalej do Smreczyńskiego Stawu. Tam, po zrobieniu paru zdjęć i chwili relaksu, zawróciliśmy.

Na całej trasie przez Dolinę Kościeliską jest wiele interesujących miejsc, w których warto chwilę przystanąć i podziwiać rewelacyjne krajobrazy, ale i nie tylko. Nam bardzo przypadło do gustu zwiedzanie jaskiń. Pierwszą do której doszliśmy, była Jaskinia Mroźna. Prowadzi do niej dość wymagający czarny szlak, rozpoczynający się tuż przy drewnianym mostku na Lodowym Źródle. Trasa jest jednokierunkowa i po przejściu jaskini, na dół schodzi się inną trasą, po drewnianych schodach. Jaskinia Mroźna jest jedyną w pełni oświetlona jaskinią w Polskich Tatrach. Panuje w niej stała temperatura (około 6 °C), a występujące na ścianach białe nacieki przypominają szron (stąd m.in. wzięła się nazwa jaskini). Jaskinię tworzy jeden korytarz o długości blisko 775 m, z czego dla zwiedzających udostępnione jest około 480 m. Miejscami jest on bardzo wysoki, ale wciąż gdzieniegdzie na tyle niski, że trzeba iść na kuckach. Tak zupełnie szczerze powiedziawszy – zmarzliśmy trochę w tej jaskini 😉

Widok na ciasny korytarz Jaskini Mroźnej w Tatrach
Jaskinia Mroźna

Inną jaskinią do której dotarliśmy, była Jaskinia Raptawicka. Do jaskini prowadzi czarny szlak, który na pewnym odcinku pokrywa się z czerwonym szlakiem do Jaskini Mylnej. Ostatni odcinek pokonuje się przy pomocy łańcucha przymocowanego do niemal pionowej ściany. Do jaskini schodzi się po metalowych schodach 4 m w dół. Jaskinia jest oświetlona jedynie światłem naturalnym wpadającym przez otwór średnicy około 3 m i dwie małe studzienki w stropie. Główna komora jaskini ma powierzchnię około 400 m2, od niej odchodzi kilka bocznych, zakończonych ślepo korytarzy. Tuż przy wejściu do jaskini, po lewej stronie znajduje się 20-metrowy, opadający w dół korytarz, który prowadzi do ciasnej szczeliny. Podobno szczeliną tą można przecisnąć się do następnej mniejszej sali, a z niej z kolei do innego szerszego korytarza, w którym znajduje się mała kapliczka. Nie potwierdzamy, bo nie próbowaliśmy – nie mieliśmy ze sobą oświetlenia lepszego niż latarka w telefonie.

Z jaskini Raptawickiej skierowaliśmy się do ostatniej jaskini, którą mieliśmy w planie zobaczyć, czyli do Jaskini Mylnej. Już nazwa wskazuje na to, że coś w niej jest nie tak. Wcześniej dowiedzieliśmy się, że jest to jaskinia nieoświetlona, o dużej liczbie korytarzy łączących się i rozchodzących w różne strony, które tworzą istny labirynt. Wiedzieliśmy też, że w niektórych korytarzach przejścia są tak ciasne, że idzie się na czworaka lub trzeba się czołgać. Spróbować chcieliśmy, jednak trzy czynniki nas powstrzymały. Po pierwsze: nasze źródła światła, w postaci telefonów, świeciły bardzo kiepsko i baterie wskazywały na to, że zbyt długo już nam nie poświecą. Po drugie: Tuż przed wejściem spotkaliśmy się z parą, którą widzieliśmy się wcześniej w Jaskini Raptawickiej. Po krótkiej rozmowie stwierdzili, że oni wchodzą. Chłopak wszedł pierwszy, dziewczyna powiedziała do nas „to trzymajcie kciuki” i weszła też do środka. Po chwili zaczęliśmy słyszeć ich głosy „Marcin, gdzie jesteś?”, „Tutaj”, „Marcin…?”, „Magda…!”, „Gdzie jesteś?”, „No idę tym pierwszym korytarzem…”. Z jaskini wyszła dziewczyna i nas pyta „Wyszedł?”. Nie wyszedł, więc weszła znów do środka. Ledwie ona weszła, wyszedł Marcin i pyta nas „Gdzie ona jest?”. Weszła właśnie do środka, więc i on poszedł za nią. „Magda…, Magda…”, „Marcin, gdzie jesteś?”, „Chodź do wyjścia, wracamy…”. I kolejno wyszli z jaskini. W środku się nie spotkali ani razu. Po trzecie, choć już po pierwszych dwóch czynnikach nie miało to większego znaczenia: chwilę później z jaskini wyszli inni turyści, w mokrych od wody spodniach i cali wysmarowani w błocie. Odpuściliśmy więc zwiedzanie Jaskini Mylnej. Powiedzmy, że nie mieliśmy dobrych latarek i było już trochę za późno, żeby błądzić po labiryncie korytarzy 😉

Tatry na rowerze

Mało kto wie, że w Tatrach jest kilka przygotowanych i oznaczonych tras rowerowych. Najkrótsza z nich ma 16 km, najdłuższa 40 km.
Postanowiliśmy sprawdzić na własnej skórze, jak te trasy są przygotowane i zabraliśmy swoje rowery. Na „dzień rowerowy” wybraliśmy z listy trasę Kościelisko – Dolina Chochołowska. Trasę poddaliśmy lekkiej modyfikacji – baza nie w Kirach a w Zakopanem, co poskutkowało zmianą z 25 km do około 32 km. Jakoś też nie do końca chyba zwróciliśmy uwagę, że trasa jest oznaczona jako trudna.

Dawid jadący na rowerze w poprzek strumienia w Dolinie Chochołowskiej w Tatrach.
Dawid podczas próby pokonania strumienia w Dolinie Chochołowskiej

Początek bardzo łatwy i przyjemny, szybko pokazał jak bardzo brakuje (szczególnie Patrycji) kondycji na jazdę na rowerze pod górkę. Planowane 3 godziny jazdy bardzo szybko zaczęły się wydłużać. Z Zakopanego drogą asfaltową pojechaliśmy do Kir i dalej w stronę Czarnego Dunajca. W oznaczonym miejscu skręciliśmy do Doliny Chochołowskiej, wjeżdżając na teren Parku. Nadal asfaltem, przez Siwą Polanę, dojechaliśmy do Hucisk. Po drodze zatrzymaliśmy się przy strumieniu i w Dawidzie obudził się zdobywca. Strumień nie był zbyt głęboki i nurt nie był wartki, więc postanowił przejechać na drugą stronę na rowerze. Może i potoczek niepozorny, ale kamienie w wodzie śliskie, więc zuchwała próba skończyła się mokrymi butami i kupą śmiechu. Kiedy z butów już przestała cieknąć woda, ruszyliśmy dalej. W Huciskach równy płaski asfalt zmienił się w kamienistą drogę pod górę i coraz mniej radości sprawiała nam wyprawa. W drodze na Polanę Chochołowską minęliśmy Niżną i Wyżną Bramę Chochołowską i Wywierzysko Chochołowskie. Po dotarciu do Polany przyszedł czas na zasłużony odpoczynek. Gdyby nie mowy motywacyjne, ta „mniejsza połowa” z nas wróciłaby do Zakopanego pchając rower, a nie na nim jadąc 😉

Widok na drewniane chaty na Polanie Chochołowskiej i turystów odpoczywających przy drewnianym stole.
Polana Chochołowska

Droga powrotna aż do Roztok była taka sama. W Roztokach skręciliśmy na wąską ścieżkę prowadzącą przez las. Co chwila z ziemi wystawały korzenie albo większe kamienie i aż do mostu na Kirowej Wodzie jechaliśmy w strachu, że opony przy następnym kamieniu nie wytrzymają. Na szczęście niedługo po moście wyjechaliśmy na drogę asfaltową i taką trasą dojechaliśmy do Zakopanego. Mimo samochodów i wielu podjazdów pod górę był to (przynajmniej dla Patrycji) najprzyjemniejszy odcinek wybranej trasy rowerowej.

Po tym jednym dniu wiemy, że rower w Tatrach to nie dla nas.

A może Słowacja?

Jednego dnia prognoza pogody dla okolic Murzasichla nie brzmiała zbyt optymistycznie. Cały dzień miał padać deszcz, a możliwe były też burze. Odrobinie lepiej miało być po Słowackiej stronie. Postanowiliśmy więc, że pojedziemy do Słowackiego Raju. Jest to ponoć jedno z najpiękniejszych miast skalnych w Europie.  W tym parku narodowym dostępnych jest wiele szlaków turystycznych, z których część pokonuje się za pomocą kładek, mostków i drabin różnej wysokości. Trasą, która najbardziej nas interesowała, była trasa biegnąca przełomem rzeki Hornad, w którym najwęższe odcinki pokonuje się ciągiem metalowych półeczek, umocowanych w skale kilka metrów nad rzeką.

Widok na pustą drogę przez Słowację, w tle ciemne, burzowe chmury nad Tatrami.
Droga przez Słowację

Niestety, kiedy dotarliśmy na miejsce okazało się, że szlak był zamknięty. Tutaj też padał deszcz, a cała okolica przykryta była mgłą na tyle gęstą, że trasę było widać jedynie na 200 m w przód. Perspektyw na chodzenie po górach tego dnia nie było, więc postanowiliśmy pojechać na jeden z najlepszych parków wodnych w Europie.

Tatralandia

Tatralandia to pomysł na rewelacyjną zabawę dla każdego. Park położony wśród pięknych gór, z widokiem na Zachodnie Tatry. Podzielony jest na kilka części, m.in. 9 zabudowanych całorocznych basenów z mnóstwem wodnych atrakcji (siedzenia do masażu, łóżka wodne, przeciwprądy, kurtyny, gejzery), 5 letnich basenów, ponad 20 zjeżdżalni różnego rodzaju, sauny czy strefa wellness. Do tego na terenie obiektu znajdują się restauracje i bary – niektóre nawet usytuowane w basenach, więc nie wychodząc z wody można dostać coś do picia. W samym środku całego aquaparku znajdują się też baseny z wodą termalną, która ma ponoć działanie lecznicze na układ ruchowy i oddechowy 😉

Widok na nogi Patrycji i Dawida, leżących w basenie, w parku wodnym Tatralandia na Słowacji. W tle bar na wodzie.
Strefa relaksu w Tatralandii

Cały dzień moczyliśmy się w wodzie, przechodziliśmy z basenu do basenu, ze zjeżdżalni na inną zjeżdżalnię. Bawiliśmy się jak dzieciaki, które pierwszy raz przyjechały do tak wielkiego parku wodnego. Skóra niemal nam się rozmokła, ale szkoda było nie sprawdzić wszystkich dostępnych zjeżdżalni. W końcu jednak zgłodnieliśmy i kiedy po obiedzie dopadło nas słodkie lenistwo, leżaki przyszły nam z pomocą. Po małej drzemce jeszcze raz sprawdziliśmy, która zjeżdżalnia nam się najbardziej podoba 🙂

W Tatralandii spędziliśmy cały dzień i mimo że nie zobaczyliśmy Słowackiego Raju, to dzień zdecydowanie uznajemy za udany.

 

Informacje przydatne:

  • Niemal wszystkie parkingi samochodowe przy początkach tras są płatne. Dla przykładu parking pod krokwiami kosztował nas 5 zł, parking przy Dolinie Kościeliskiej 10 zł, a w Palenicy Białczańskiej 20 zł. Bezpłatne jest parkowanie przy drodze, jednak nie wszędzie można tak zaparkować. Zawsze przed wyjazdem z bazy warto zerknąć na mapę, gdzie są zlokalizowane parkingi. Czasem wystarczy zaparkować 500 m wcześniej i ma się oszczędzone kilka (lub kilkanaście) złotych.
  • Dla niezmotoryzowanych warto dodać, że nie ma problemu z dostaniem się do miejsca, w którym chcemy zacząć swoją wędrówkę po górach. Komunikacja podmiejska jest dość dobrze zorganizowana, a przystanki gęsto rozmieszczone na trasie. Więcej informacji znajdziecie na stronie www.tatry.pl, w znajdującym się po lewej stronie przyborniku, pod hasłem „Komunikacja”.
  • Koszt wejścia do Parku Narodowego to 5 zł za jednorazowy bilet dla osoby dorosłej i 2,5 zł za bilet ulgowy. Można też kupić bilety 7-dniowe (25 zł normalny i 12,50 zł ulgowy) lub grupowe.
  • Dostępne dla zwiedzających jaskinie w Tatrach można zwiedzać samodzielnie lub z przewodnikiem. Samodzielne zwiedzanie łączy się z kosztami jedynie w przypadku Jaskini Mroźnej. Bilet wejściowy normalny kosztuje 5 zł.
  • Jeśli chcecie pojeździć w Tatrach na rowerze, to nie musicie zabierać go ze sobą z domu. Zarówno w samych Zakopanym, jak i w wielu okolicznych miejscowościach, szczególnie zlokalizowanych przy polecanych trasach rowerowych, można znaleźć wypożyczalnie sprzętu. Polecane trasy rowerowe wraz z opisem znajdziecie na stronie www.tatry.pl (dokładnie tutaj).
  • Z Zakopanego do Słowackiego Raju najłatwiej dotrzeć samochodem lub skorzystać z oferty lokalnych biur podróży i wykupić jednodniową wycieczkę. Samochodem do Parku jedzie się około 2,5 godziny. Koszt zorganizowanej wycieczki z przewodnikiem waha się od 60 zł do nawet 110 zł za bilet normalny, w zależności od organizatora. Dodatkowo płatne jest wejście na teren Parku Narodowego – 1,5 € dla osoby dorosłej i 0,5 € dla dzieci poniżej 15 lat.
  • Jadąc na Słowacką stronę Tatr warto też pamiętać o zabraniu ze sobą karty EKUZ lub wykupieniu dodatkowego ubezpieczenia turystycznego. W większości przypadków jest to czysta profilaktyka, ale czasem zdarza się, że ktoś gdzieś się poślizgnie i wtedy zaczynają się koszta.
  • Do Tatralandii z Zakopanego organizowane są wycieczki jednodniowe wraz z biletami wstępu, ale również można dojechać tam samochodem lub autokarem. Koszt wejścia do Aquaparku zależy od rodzaju biletu – aktualne ceny wszystkich biletów znajdziecie tutaj.
  • Należy uważać na naciągaczy na Gubałówce – kuszą turystów łatwą wygraną w wariacje gry w 3 kubki. Słyszeliśmy relacje o tym, jak ludzie przegrywali z nimi duże sumy. Sami byliśmy świadkami, jak młody mężczyzna stracił 200zł. O naciągaczach możecie poczytać np. tutaj.
  • By nie zbłądzić na szlaku, polecamy  mapy w kompaktowej formie – sami korzystamy z map „Tatry Polskie – Schematy szlaków turystycznych”, agencji wydawniczej WIK (można je podejrzeć na stronie wydawnictwa).

Wideo

Galeria

Menu