Litwa, czyli bursztyny i cepeliny

Widok na statek w porcie w Kłajpedzie

Życie ma to do siebie, że czasem potrafi połączyć teoretycznie dwie zupełnie nie związane ze sobą rzeczy w całkiem ciekawą przygodę. Chcąc nauczyć się podstaw tańca towarzyskiego, zapisaliśmy się na kurs. Od walca do rumby, aż któregoś dnia trener zaproponował, że jeśli są chętni, on z radością zorganizuje wycieczkę, żeby pokazać nam swoje rodzinne strony. Takim sposobem w długi weekend majowy czekała nas wycieczka objazdowa po Litwie.

Kłajpeda

Zwiedzanie Litwy zaczęliśmy od Bałtyku. Niby morze jak morze, ale jest różnica między Bałtykiem w Kołobrzegu a tym w Kłajpedzie. Plaża ukryta za małym zagajnikiem, szeroka jak niewiele plaż w Polsce. Mimo że był to maj, sobotnie popołudnie, największe miasto nadmorskie, największy port, trzecie co do wielkości miasto Litwy – przez półtora godziny spaceru na plaży nie spotkaliśmy absolutnie nikogo. Woda tak czysta, że dno było widać daleko od linii brzegu, a każda fala zostawiała na piasku pojedyncze, maleńkie bursztyny. Kiedy każdy zbierał te małe cuda, trener rzucił głośno hasło – „Zróbmy konkurs, kto znajdzie największy okaz!”. Co odważniejsi zdjęli buty i poszli wyławiać bursztyny z okrutne zimnej wody. Śmiechu było przy tym co nie miara! Kiedy przyszło do rozstrzygnięcia, każdy wyciągnął swoje zdobycze. Niemal wszystkie bursztyny były nie większe od paznokcia. Bursztyn znaleziony przez trenera miał około 4 cm, więc wzbudził ogólny zachwyt. Wtedy Dawid wyjął z kieszeni bursztyn, który przypadkiem znalazł zakopany w piasku. A znalazł go po tym jak stwierdził, że woda jest za zimna i nie chce mu się już szukać bursztynów:

Zdjęcie bursztynu na dłoni
Bursztyn znaleziony przez Dawida

Trener (zawiedziony, że nasz bursztyn jest 3 razy większy od jego) pogratulował i opowiedział nam o swoich wspomnieniach z dzieciństwa związanych z bursztynami.  Kiedy budowany był port w Kłajpedzie, każdego dnia z morza wyławiano kilogramy bursztynów. Różne kolory – od maleńkich po takie wielkości strusich jaj. Pakowano je w worki i wywożono. Każdy mógł przyjść i zebrać tyle bursztynu ile chciał, ale niewiele osób tak robiło, bo było go pod dostatkiem. Do dziś nie ma większego problemu ze znalezieniem drobnych bursztynów podczas spaceru po plaży, ale mało się zdarza szans na tak duże okazy, jakie wtedy były wyławiane z morza.

Po spacerze poszliśmy zobaczyć jedną z największych atrakcji w  Kłajpedzie – Delfinarium. Rewelacyjne przedstawienia i zabawy z udziałem delfinów i lwów morskich. Spędziliśmy tam dobre dwie godziny świetnie się bawiąc i wyszliśmy trochę mokrzy, bo delfiny bez skrępowania chlapały i rozlewały wodę na widownię.

Po atrakcjach typowo morskich przyszedł czas na zwiedzanie starego miasta. Urocze, spokojne miasto z wieloma ciekawymi miejscami do odwiedzenia. Ponownie jednak zaskoczyło nas, że w tak dużym mieście w sobotni wieczór nic się nie dzieje. Poszliśmy więc do jednego z barów, w którym podawane było piwo warzone na miejscu. Tam spędziliśmy wieczór przy rewelacyjnym napitku i typowo litewskich przekąskach – wędzonych świńskich uszach,  suszonych rybach, grzankach z masłem czosnkowym (z czarnego chleba litewskiego – czasem można kupić taki w Piotrze i Pawle) i tradycyjnych żółtych serach różnego rodzaju.

Kowno

Wycieczkę mieliśmy tak ciekawie ułożoną, że z trzeciego co do wielkości miasta na Litwie, kolejnym na trasie było drugie największe. Kowno, bo o nim mowa, jest największym ośrodkiem przemysłowym Litwy. Co ciekawe, do 1918 roku dwie dzielnice Kowna (położone po lewej stronie Niemna) leżały na terenie Polski, a w okresie międzywojennym Kowno pełniło rolę stolicy Litwy.

Patrycja siedząca na figurze kota na Alei Wolności w Kownie
Patrycja siedząca na figurze kota na Alei Wolności

Ponieważ na zwiedzanie mieliśmy tylko jedno popołudnie, nasz przewodnik wybrał dla nas najciekawsze miejsca do zobaczenia. Spacer po centrum zaczęliśmy od Alei Wolności, czyli Laisvės alėja. Jest to najdłuższy deptak w Kownie, a według niektórych Litwinów jest to „najbardziej elegancka ulica w całej Litwie”. Dość mocno widać było kontrast pomiędzy pięknymi zabudowaniami wzdłuż deptaku (odrestaurowane zabytkowe budynki, nowe hotele, restauracje, butiki, centra handlowe, mnóstwo fontann i ciekawych rzeźb), a stanem technicznym budynków znajdujących się za każdą kolejną krzyżówką ulic przecinających Laisvės alėja.

Minąwszy pomnik Witolda Wielkiego, skierowaliśmy się w stronę kościoła pw. św. Michała Archanioła, a stamtąd w stronę Ratusza, domu Mickiewicza i archikatedry Apostołów Piotra i Pawła. Później niemal oczywistym było, że czas zobaczyć Niemen. W Kownie nie jest on tak piękny i błękitny, jak go opisywał Wieszcz, ale majestatu nie można mu odmówić. Po pamiątkowych zdjęciach przy wodzie, czas było ruszać w dalszą drogę. Ale najpierw jeszcze na momencik do Pani Mamy naszego trenera, żeby mógł synek z domu rodzinnego wyprawkę z jedzeniem odebrać 🙂

 Wilno

W końcu przyszedł czas na stolicę.  Mimo że Wilno jest głównym ośrodkiem polskiej kultury i nauki na Litwie,  nie spotkaliśmy się ze zbyt serdecznym przyjęciem. Skąd to stwierdzenie? Dwie godziny po przyjeździe do Wilna, kiedy meldowaliśmy się w hotelu, okradziono nasz autokar (nas szczęście niewiele zginęło, ale szybę trzeba było wstawiać nową). Kiedy natomiast wieczorem w sklepie chcieliśmy kupić alkohol, nie sprzedano go nam, ale odpowiedzi na pytanie „Dlaczego?” nie dostaliśmy (dodamy, że miejscowi kupowali w tym czasie normalnie…). Polacy chyba nie są zbyt lubiani przez Wileńczyków – ale to nie dla nich tam przyjechaliśmy.

Widok na taras artystów Republiki Zarzecza w Wilnie
Widok na taras artystów Republiki Zarzecza

Pierwszym miejscem które zwiedziliśmy, była Republika Zarzecza. Jest to Niepodległa Republika Artystów – licząca około 600 m2 część Wilna na wschód od rzeki Wilejki. Posiada własną konstytucję, hymn, flagę i godło, liczącą 17 osób armię oraz prezydenta i ambasadorów. Jej niepodległość ogłoszono 1 kwietnia 1997 r. i każdego roku Prima Aprilis jest dniem Zarzecza. Na moście granicznym sprawdzane są wtedy paszporty i dostaje się wizę wjazdową, a w całej Republice odbywają się liczne imprezy. Opiekunem i Patronem Zarzecza jest anioł (który symbolicznie ma łączyć niebo z ziemią), stojący na rynku tuż za mostem nad Wilejką. Zanim jednak pojawił się anioł, jego miejsce zajmowała statua jaja –  na znak, że anioł dopiero się wykluje.

Republika Zarzecza to miejsce niesamowite, gdzie słowo „normalność” nabiera zupełnie innego znaczenia. Urokliwe wąskie uliczki, tajemniczy półmrok podwórek, dostrzegalne wszędzie elementy artystycznego charakteru tego miejsca i jego mieszkańców. Jak mówi tutejsza konstytucja „Pies ma prawo być psem”, a „Człowiek ma prawo czasami nie wiedzieć, czy ma obowiązki”. Nie jest też większym problemem zobaczyć panie w szlafrokach czy panów w kapciach idących do sklepu na rogu.

Po Zarzeczu przyszedł czas na stare miasto. Rewelacyjnie odrestaurowane budynki, piękny ratusz i katedra, wiele ciekawych kościołów i cerkwi – w ogóle nie dziwi, że Wileńskie stare miasto zostało wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Czym byłoby jednak Wilno, bez występujących w każdym rejonie miasta tablic pamiątkowych i pomników, opisujących co takiego w danym miejscu robił Mickiewicz? No i oczywiście Matka Boska Ostrobramska. Ciężko powiedzieć czy Wilno jest bardziej Mickiewiczowe czy Maryjne… Na pewno jednak na starym mieście każdy znajdzie coś ciekawego dla siebie. Jeśli nie zabytki, Mickiewicz lub Maryja, to knajp z pysznym litewskim jedzeniem i napitkiem nie brakuje. W taki właśnie sposób podsumowaliśmy pierwszy dzień zwiedzania Wilna – pysznym chłodnikiem litewskim i cepelinami, a po nich (na dobre trawienie oczywiście) niesamowite nalewki i miody pitne.

Drugiego dnia pojechaliśmy na Cmentarz na Rossie. Cmentarz o powierzchni blisko 11 ha, nazywany jest jedną z czterech polskich nekropolii narodowych. Wiele osób pewnie kojarzy coroczne zbiórki pieniędzy na renowację i konserwację zniszczonych nagrobków na Rossie.

Cały zespół cmentarny tworzą Stara Rossa, Nowa Rossa, Cmentarz Wojskowy i mauzoleum „Matka i Serce Syna”. Podczas spaceru można było zobaczyć wiele nagrobków artystów, muzyków, profesorów czy polityków. Wiele nagrobków wyglądało pięknie, a na niektórych nie można było odczytać nazwiska. Na podsumowanie „punkt obowiązkowy” na Rossie – „Matka i Serce Syna”, w którym spoczywa Maria z Billewiczów Piłsudska, matka Józefa Piłsudskiego. Jest to również miejsce pochówku urny z sercem Józefa Piłsudskiego.

Zdjęcie nagrobków na cmentarzu Rosa w Wilnie
Nagrobki na cmentarzu Rosa

W drodze powrotnej do centrum pojechaliśmy Górę Trzech Krzyży. Legenda podaje, że trzy krzyże ustawiono na pamiątkę męczeństwa franciszkanów, którzy zostali na tym wzgórzu ukrzyżowani. W roku 1950 pierwsze drewniane krzyże zostały zniszczone, jednak 40 lat później odbudowano pomnik, jako upamiętnienie ofiar stalinizmu na Litwie. Wzgórze jest jednocześnie punktem widokowym, rozciąga się stąd piękna panorama na całe Wilno.

Troki

Ostatnim punktem naszej wycieczki były Troki, oddalone zaledwie 30 km od Wilna. Wieś licząca 5500 mieszkańców łączy w sobie wpływy różnych kultur, m.in. litewskiej, polskiej czy rosyjskiej, z których jednak najciekawszą niewątpliwie jest kultura Karaimów.

Karaimi jest to niewielka grupa etniczna i religijna, sprowadzona na tereny Europejskie z Krymu w średniowieczu. W całej Europie żyje obecnie około 1600 Karaimów, z czego największa ich liczba mieszka właśnie w Trokach. Karaimi mają swoją religię – karaimizm, który jest religią monoteistyczną wywodzącą się z judaizmu, o wspólnych wątkach z islamem i chrześcijaństwem. Oprócz tego posiadają własny język, kulturę, kuchnię i wyjątkowy, bardzo charakterystyczny sposób budowania domów. Każdy dom jest drewniany, ustawionych szczytem do drogi, na którą obowiązkowo wychodzą trzy okna. Przyjęło się mówić, że każde z okien jest przeznaczone dla kogoś innego: jedno dla Księcia, drugie dla Pana Boga, a trzecie dla Karaima. Zabudowa karaimska, zarówno domy jak i Kenesa (świątynia Karimów), są jednymi z głównych atrakcji turystycznych Troków.

My z Zamkiem w Trokach w tle
Zamek w Trokach

Najbardziej charakterystycznym zabytkiem Troków jest jednak zamek zbudowany w XIV–XV wieku przez wielkiego księcia litewskiego Kiejstuta i jego syna, księcia Witolda. Po przeniesieniu w roku 1375 stolicy księstwa do Troków, zamek miał ogromne znaczenie polityczne i obronne. Po bitwie pod Grunwaldem zamek zaczął jednak tracić na znaczeniu i powoli stał się jedynie rezydencją księcia. Później, podczas wojen z Rosją, został w dużym stopniu zniszczony, a pierwsze prace rekonstrukcyjne rozpoczęto dopiero na początku XX wieku. W chwili obecnej w zamku organizowane są liczne konferencje historyczne, a część zamku samego zajmuje muzeum.

Ostatni obiad wart był grzechu – spróbowaliśmy dań kuchni karaimskiej. Jako pierwszych spróbowaliśmy kybyn – są to pieczone pierożki z ciasta drożdżowego, nadziewane baraniną lub wołowiną. Drugi był čanach – mięso z ziemniakami i warzywami, duszone w ceramicznych garnuszkach nakrytych ciastem, do którego przed jedzeniem dodaje się śmietany. Wszystko bardzo smaczne, świeże i apetyczne. Po tak doskonałym zakończeniu tej kilkudniowej wycieczki, mogliśmy z uśmiechem wracać do Polski.

Galeria

Menu