Londyn w jeden dzień

Widok na Big Ben i budynek Parlamentu z Mostu Westminsterskiego.

Mimo że przed wyjazdem bardzo chcieliśmy mieć wszystko gotowe na tip-top, nie udało nam się jeszcze opisać naszej półrocznej przygody w Hiszpanii. Podobnie nie wystarczyło nam czasu, żeby przygotować wpis dotyczący przygotowań do naszej podróży – wiz, szczepień, ubezpieczeń, wyposażenia plecaków… Mamy nadzieję nadgonić te zaległości ciut później.

Teraz jednak już czas najwyższy zacząć pisać o naszej podróży, bo już dwa tygodnie za nami!

Podróż czas zacząć!

Oficjalnie nasza podróż dookoła świata zaczęła się lotem za Ocean. Jednak do Toronto nie lecieliśmy z Polski, tylko z Londynu. Skoro więc i tak mieliśmy pojawić się w Londynie, czemu by więc nie polecieć dzień wcześniej i nie zobaczyć choć kilku pocztówkowych miejsc w mieście ;)? Tym bardziej, że połączyć mogliśmy zwiedzanie ze spotkaniem z dawno niewidzianą koleżanką Zosią, która, użyczając nam łóżka, stała się naszym pierwszym gospodarzem podczas naszej podróży.

Do Londynu przylecieliśmy tuż po 7:00 londyńskiego czasu. Z lotniska Luton do Baker Street dostaliśmy się EasyBusem. Jest to najtańsze połączenie między Luton a centrum, jakie udało nam się znaleźć. Blisko godzina jazdy autobusem, później dłuższa chwila przy kasach w metrze, żeby na pewno kupić dobry bilet i kiedy w końcu dotarliśmy do mieszkania Zosi było około 9:30. Chwila rozmowy, parę podpowiedzi co warto zobaczyć, a co lepiej sobie odpuścić, krótka drzemka – i zanim ruszyliśmy była godzina 13:00 😉

Londyn w jeden dzień

Zwiedzanie postanowiliśmy zacząć od… rewelacyjnego english breakfast, czyli typowego angielskiego śniadania. Jajka, bekon, kiełbaski, fasolka w pomidorach – wszystko podane z chrupiącymi grzankami, a do tego gorąca kawa. Jak dla nas rewelacja. A przy okazji mieliśmy czas, żeby ułożyć sobie konkretny plan, które miejsca w mieście chcemy zobaczyć.

Dawid podczas tradycyjnego angielskiego śniadania.
Tradycyjne English Breakfast

Do centrum pojechaliśmy metrem. Wysiedliśmy przy Green Park i stąd skierowaliśmy się w stronę Pałacu Buckingham. Już w tym parku bardzo wyraźnie rozróżnić można było kto z mijających nas osób jest turystą, a kto mieszkańcem Londynu. Po czym pytacie? Otóż od rana w mieście panowała typowo londyńska aura, czyli było mgliście i padał drobny deszczyk. My, jak turyści, w taką pogodę mieliśmy na sobie długie spodnie, kryte buty i obowiązkowo kurtkę z kapturem. Ale to był 14 sierpnia – a skoro lato, to lokalni nie nosili długich rękawów i nierzadkim widokiem były sandałki oraz krótkie spodenki i spódniczki. Niemal za każdym razem uśmiechaliśmy się widząc schowane pod parasolem dziewczyny w szortach i japonkach z gołymi plecami 😉

Pałac Buckingham, w naszym odczuciu, dużo lepiej prezentuje się z perspektywy uwzględniającej Pomnik Victoria Memorial wraz fontanną i kwietnikami wokół niego. Stojąc przy płocie otaczającym Pałac jakoś nie odczuliśmy żadnych większych emocji – zachwytu czy podziwu. Wielki szary budynek bardzo oddalony od ogrodzenia, przed którym stoją dwaj strażnicy i jeden z nich od czasu do czasu śmiesznym krokiem przechadza się raz w lewo, raz w prawo. Szczerze powiedziawszy, sam Pałac przypominał Patrycji budynek Wydziału Budownictwa na Politechnice Poznańskiej w wersji XXL i kolorze szarym.

Pałac Buckingham i Pomnik Victoria Memorial.

Spod Pałacu przeszliśmy przez Saint James Park (rewelacyjne miejsce na piknik – dużo zieleni, jezioro i sporo ławeczek, na których można przysiąść i odpocząć) w stronę Pałacu Westminsterskiego. Tym razem się nie zawiedliśmy. Parliament Square, dokoła którego rozmieszczone były najróżniejsze flagi, rozpoczął serię miłych dla oczu widoków. Potężny i górujący nad okolicą Big Ben, tuż obok niego okazały neogotycki Pałac Westminsterski, kawałek dalej Opactwo Westminsterskie i katedra św. Piotra. Wszystkie obiekty zjawiskowe i dokładnie takie, jak na pocztówkach 😉

Chcąc zrobić kolejne pocztówkowe zdjęcia poszliśmy na Most Westminsterski, żeby jeszcze z tej perspektywy uwiecznić Big Bena i Pałac na zdjęciu. Na moście tłum był większy niż w jakimkolwiek innym miejscu, które odwiedziliśmy. Turyści pozujący do zdjęć, rowerzyści co chwila krzyczący na pieszych wchodzących na jezdnię, co kawałek uliczni artyści i mnóstwo naciągaczy grających w 3 kubki wraz z ustawioną ekipą zachęcającą turystów do wspólnej „zabawy”.

Widok z Mostu Westminsterskiego na rzekę Tamizę i London Eye w tle.
London Eye

Będąc na Moście Westminsterskim wielkim nietaktem z naszej strony by było, gdybyśmy nie podeszli do London Eye. Stojąc pod nim stwierdziliśmy, że nie spodziewaliśmy się, że jest aż tak wielki. Kolejki do London Eye co prawda nie było, ale my też nie skorzystaliśmy – mgła była dość gęsta więc i tak niewiele byśmy zobaczyli. Poza tym robiło się już coraz później, a nam bardzo zależało, żeby zobaczyć jeszcze jedno miejsce – Tower Bridge.

Spod London Eye ruszyliśmy więc nabrzeżem w stronę Tower Bridge. Po jakich 15 minutach, po kontroli odległości do celu, zrezygnowaliśmy ze spaceru i poszliśmy do najbliższej stacji metra. Troszkę szybciej i bez deszczyku dotarliśmy Tube do Tower of London. Mimo że mogliśmy oglądać ją jedynie z zewnątrz, zrobiła na nas duże wrażenie. Obeszliśmy mury niemal dookoła i dotarliśmy do Tower Bridge. Most, podobnie jak Tower of London, bardzo nam się podobał. Potężny i elegancki. I mimo że most wybudowany został ponad 800 lat po Tower of London, swoim charakterem idealnie nawiązywał do tej zabytkowej budowli. Jedyne, czego żałowaliśmy, to że akurat nie przepływał żaden na tyle duży statek, aby podniesiono przęsła mostu do góry.

Widok na Tower of London, w tle widać Tower Bridge.
Tuż przy Tower of London.

Niestety tutaj już musieliśmy skończyć zwiedzanie Londynu, ponieważ…

Słodko-słodki wieczór

Na wieczór umówiliśmy się z Zosią na wspólną kolację w China Town. Wybór restauracji był niczym w porównaniu z wyborem dań, które oferowała karta. Ostatecznie zamówiliśmy jeden z proponowanych w menu zestawów kilku dań dla trzech osób i to było najlepsze rozwiązanie. Po starterze, składającym się z chipsów homarowych oraz spring rollsów z kaczką i warzywami, przyszedł czas na dania główne. Dokładnie opisać wszystkich tych dań nie jesteśmy w stanie, ale wśród wielu różnych smaków wymienić możemy: wieprzowinę smażoną w głębokim oleju, podawaną na słodko, kurczaka z warzywami na słodko, krewetki w jakimś orientalnym sosie i duszone warzywa. Najlepszym dopełnieniem tej przesłodyczy była gorzka zielona herbata.

W sklepie M&M`s World w Londynie. Dawid stoi przy niebieskim M&M`sie grającym postać Bonda.
W najsłodszej atrakcji turystycznej Londynu – M&M`s World

Po kolacji poszliśmy jeszcze na krótki spacer. Zosia zabrała nas do sklepu z M&M`sami – nigdy wcześniej nie widzieliśmy tych cukierków w tak wielu różnych wydaniach. Od tub z najróżniejszymi kolorami pysznych słodkości, przez podajniki do cukierków, figurki, kubki i talerze, po skarpetki, koszulki a nawet piżamy w najróżniejszych kolorach z postaciami M&M’s wcielającymi się w role bohaterów z np. Gwiezdnych Wojen. 4 piętra M&M`sowego szaleństwa, a nawet tajne laboratorium smaku – przez szybę można było patrzeć na pracownicę oklejającą etykietami opakowania z cukierkami.

W końcu jednak trzeba było zebrać się do domu, choć bardzo chcielibyśmy spędzić w Londynie trochę więcej czasu i zdecydowanie zobaczyć miasto nocą. Coś jednak musimy zostawić na naszą następną wizytę.

Przydatne informacje:

  • Easy Bus z lotniska London Luton kursuje na dwóch trasach – do Victoria Street i Luton do Commercial Street, z kilkoma przystankami po drodze. Bilety na bus najlepiej kupować z wyprzedzeniem na stronie internetowej: www.easybus.com. Im wcześniej zdecydujemy się na zakup, tym bilet jest tańszy. O czym warto wspomnieć – jeśli ma się bilet kupiony na wcześniejszą godzinę, ale nie zdążyło się dotrzeć na czas, to nie ma problemu, żeby pojechać busem późniejszym (jeśli są wolne miejsca).
  • Gdyby ktoś jeszcze nie wiedział – metro (Tube) w Londynie jest naprawdę rozbudowane i można nim dojechać niemal w każdą część miasta.
  • Jeśli planujecie przemieszczać się po Londynie komunikacją miejską, najwygodniejszym rozwiązaniem będzie kupienie Visitor Oyster Card. Po doładowaniu karty w automacie lub w punkcie obsługi podróżnych, używa się jej na zasadzie „odbijania” przy każdym wejściu i wyjściu z np. metra. System automatycznie pobiera opłatę za przejazd, ale tylko do ustalonego dziennego limitu (daily cap). Limit ten zależy od stref, w których się poruszamy (więcej o tym tutaj). Kartę można kupić w wielu miejscach, gdzie sprzedawane są bilety (np. stacje metra). Jej koszt to 5 funtów, które są zwracane przy oddaniu karty, wraz z pozostałym na jej koncie kredytem.
  • My zdecydowaliśmy się na papierową wersję czyli Travelcard – kupiliśmy jednodniowe bilety ważne w dniu zakupu. Cena takiego Travelcard to 12 GBP dla stref 1-4. W przypadku dłuższych pobytów warto rozważyć opcję tygodniowych lub miesięcznych Travelcard.

Wideo

Galeria

Menu