O tym jak prawie nie zobaczyliśmy Nowej Zelandii

Patrycja śpiąca w kącie na lotnisku na Fidżi.

Nowa Zelandia to kraj położony daleko od Polski – niemal na krańcu świata… Kraj, o którym usłyszeliśmy wiele niesamowitych opowieści. O pięknej przyrodzie i dzikich, niedostępnych dla człowieka zakątkach. O drogach, na których przez godziny jazdy nie zobaczymy innych samochodów i o owcach, których na wyspach jest znacznie więcej niż ludzi. Nowa Zelandia to jedyny kraj w naszej podróży dookoła świata, względem którego mieliśmy wysokie oczekiwania.

„Nie tego się spodziewaliśmy…” ?

Podczas pobytu na Fidżi spotkaliśmy wielu podróżników, którzy odwiedzili wcześniej Nową Zelandię lub mieszkali tam przez jakiś czas. Z wielkim zainteresowaniem siadaliśmy więc z każdym z nich i słuchaliśmy opowieści. Każdego też prosiliśmy o krótką listę miejsc, które ich zdaniem powinniśmy odwiedzić. Tak przygotowani zaczeliśmy sobie wyobrażać jaka ta Nowa Zelandia jest dzika i jak samotnie będziemy się czuć podróżując po tym kraju. Zupełnie niepotrzebnie…

Co do kilku rzeczy każdy z nich („doradców” ds. Nowej Zelandi) miał rację. Przyroda w Nowej Zelandii jest piękna i bardzo zróżnicowana. Niemal każda plaża – nad morzem, oceanem czy jeziorem – robiła na nas wrażenie. Od skał naleśnikowych, przez skały wulkaniczne, aż po wysokie Alpy Południowe – szlaki różniły się od siebie jak dzień i noc. Wiele razy zachwyciliśmy się fantastycznymi zwierzętami, m.in. pingwinami, delfinami czy słoniami morskimi. Po raz pierwszy widzieliśmy lodowce i po raz pierwszy przeżyliśmy trzęsienie ziemi.

Z drugiej jednak strony nikt nie powiedział nam, że nawet w deszczowe dni będziemy musieli sparować się kremem z mocnym filtrem UV (min. +30). Nikt nie powiedział, że komary, meszki i cykady często będą nas doprowadzać do szału; że pastwiska dla 27,6 mln owiec (gdzie ludzi jest „jedynie” około 4,6 mln) zajmują znaczną część kraju, dominując krajobraz wokół dróg. A przede wszystkim nikt nawet słowem nie wspomniał, że w Nowej Zelandii będzie aż tylu młodych Niemców i Francuzów, którzy przyjechali na projekt Work & Travel.

Prawda jest więc taka, że czasem brakowało nam trochę tej „dzikości” i „samotności”, której się spodziewaliśmy. Zdarzało się, że na niektórych kempingach jako jedyni nie mówiliśmy po niemiecku. W dodatku naszym ulubionym powiedzonkiem stało się – „That is not what I expected…”, czyli „Nie tego się spodziewaliśmy…”.

Co jednak dużo ważniejsze – bez najmniejszego zawahania możemy powiedzieć, że Nowa Zelandia bardzo nam się podobała! Krajobrazy, które widzieliśmy wiele razy odbierały nam mowę. Największe jednak wrażenia zostawiły po sobie miejsca, o których nikt nam nie powiedział i które odkryliśmy sami. Warto było przylecieć taki kawał świata, żeby zobaczyć to wszystko!

Jednak czy w ogóle zobaczymy Nową Zelandię?

Nasza przygoda z Nową Zelandią zaczęła się dzień później, niż planowaliśmy. Początkowo mieliśmy przylecieć do Auckland 30. grudnia. Pech jednak chciał, że podczas odprawy biletowej na lotnisku w Nadi (Fidżi) dostaliśmy na głowy po kuble zimnej wody.

 – Dokąd lecicie po Nowej Zelandii?

– Do Australii.

 – A macie wizy?

– Do Nowej Zelandii nie potrzebujemy. Do Australii będziemy aplikować za pomocą e-wizy, ale chcieliśmy to zrobić w Nowej Zelandii.

 – Nie zostaniecie wpuszczeni do Nowej Zelandii, jeśli nie macie wizy do Australii.

– No tak, ale e-wiza to nie jest problem, bo załatwić ją można w mniej niż 1 godzinę. A my w Nowej Zeladnii będziemy ponad półtora miesiąca więc mamy dużo czasu na jej załatwienie.

 – Przykro mi, nie mogę Was wpuścić na pokład samolotu. W Nowej Zelandii nie dostaniecie pieczęci wjazdowej, jeśli nie możecie opuścić kraju, bo nie macie wizy do Australii.

– Ale my mamy bilety dookoła świata i ma Pani to w systemie… Z Australii mamy lot do Azji, a potem do Europy…

 – Przykro mi, mimo wszystko nie mogę Was wpuścić na pokład samolotu.

W jednej chwili zrobiło nam się jednocześnie słabo i gorąco z wściekłości – przecież jeśli nie wsiądziemy do tego samolotu, to wszystkie pozostałe loty przepadają! Czy jest cokolwiek, co możemy w tej sytuacji zrobić? Tak – zdobyć e-wizy do Australii!

Po rozmowie z obecnym na lotnisku przedstawicielem ambasady Australii szybko zaczeliśmy wypełniać formularze na stronie internetowej. Czas biegł nieubłaganie… W końcu na nasze adresy mailowe przyszło potwierdzenie, że dostaliśmy e-wizy. Do planowanego odlotu samolotu było jeszcze 15 minut. W tempie błyskawicy podbiegliśmy do odprawy… a tam znów kubeł zimej wody:

 – Mamy te wizy do Australii. Dopiero przed chwilą je dostaliśmy. Wcześniej nie chciała nas Pani wpuścić, ale już je mamy.

– Rozumiem, ale odprawa się już zakończyła.

– Do odlotu samolotu jest jeszcze 15 minut. Proszę nas wpuścić…

 – Przykro mi, nic na to nie poradzę. Nie mogę was wpuścić na pokład samolotu.

– Jeśli nie wsiądziemy do tego samolotu to przepadną nam pozostałe bilety z podróży dookoła świata!

 – Drzwi samolotu są już zamknięte. Przykro mi.

Ciężko nawet nazwać słowami te wszystkie emocje, które nam towarzyszyły. Złość i bezsilność, chęć zniszczenia czegoś, żeby dać ujście nerwom i łzy cisnące się do oczu, kiedy na tablicy odlotów pojawiło się „Departed” przy numerze naszego lotu.

Myśli dudniły w głowach: Jeszcze przecież połowy podróży nie mamy za sobą. Jak teraz wrócić do Europy? Musimy kupić lot na własną rękę? W Londynie jest teraz 2 w nocy, więc nasz agent odbierze maila od nas najszybciej za 7 godzin. A może by załatwić pokwitowanie, że stawiliśmy się na odprawie, ale nie zostaliśmy wpuszczeni na pokład samolotu?!

To było najbardziej rozsądne rozwiązanie na tą chwilę. Poszliśmy więc do biura linii Air New Zealand (które było na szczęście tam na miejscu) i opowiedzieliśmy całą historię. Pani przedstawiciel powiedziała tylko:

Jesteście drugą parą Polaków, która dziś na lotnisku starała się o wizy do Australii. Tyle, że tamtym się udało odlecieć.

Poprosiła od nas paszporty, sprawdziła w systemie czy aby na pewno dostaliśmy e-wizy, wykonała dwa telefony i dodała:

– Jutro najpóźniej o 11:00 bądźcie na lotnisku. Polecicie jutrzejszym lotem o tej samej godzinie co dzisiaj.

– I to wszystko?

– Tak, to wszystko. Jutro proszę być na odprawie najpóźniej o 11:00.

Aż nie mogliśmy uwierzyć, że wszystko zostało załatwione w mniej niż 10 minut. Znów byliśmy – choć w sumie nawet na chwilę nie przestaliśmy być – w podróży dookoła świata! Jedynie musieliśmy przeczekać jedną noc dłużej na kolejny lot w nieznane!

Nie mieliśmy już fidżiańskich dolarów, a na lotnisku nie było bankomatu. Stwierdziliśmy więc, że skoro w łazienkach są prysznice, a krzesła są w miarę wygodne, to zostaniemy już na lotnisku i tutaj spędzimy noc. Prawda też jest taka, że nawet gdybyśmy wrócili do Nadi, do domu naszej gospodyni z Couchsurfingu, po porannych nerwach nie bylibyśmy dobrymi kompanami do rozmów.

Zdecydowanie woleliśmy być sami tego dnia. Kiedy jednak podeszła do nas starsza pani, prowadzona przez pracownicę lotniska, nie mogliśmy jej odmówić. Zapytały czy będziemy nocować na tych fotelach i czy mielibyśmy coś przeciwko, żeby poczekała razem z nami na swój lot, który został przesunięty o jeden dzień. Lecieła zupełnie sama na Samoa do rodziny i czuła się bardzo niepewnie na myśl, że samotnie spędzi noc na lotnisku.

Wspólnie spędziliśmy popołudnie, a w nocy pilnowaliśmy na zmianę swoich bagaży, żeby reszta mogła się zdrzemnąć. I choć pani jakieś 10, a może i więcej razy pytała nas dokąd lecimy i tyle samo razy opowiadała o swojej podróży, to jednak bardzo miło spędziliśmy wspólnie te kilkanaście godzin oczekiwania na samolot 😉

Przydatne informacje:

  • Polacy wybierający się do Nowej Zelandii w celach turystycznych nie potrzebują wizy, jeśli pobyt nie będzie dłuższy niż 3 miesiące. Wymogi, które należy spełnić, żeby zostać wpuszczonym na terytorium tego kraju to: paszport ważny przynajmniej 3 miesiące dłużej niż planowana data opuszczenia kraju, środki pozwalające na utrzymanie się w kraju (przyjęto 1000 NZD na miesiąc pobytu dla jednej osoby) oraz bilet powrotny lub bilet umożliwiający dalszą podróż do kraju, do którego posiada się prawo wjazdu.
  • Lotnisko w Nadi jest bardzo bezpiecznym miejscem do spania. Ochrona i pracownicy porządkowi przez całą dobę są obecni na lotnisku i nie robią problemu, jeśli ktoś chce zostać na noc. W dodatku krzesła wystarczająco wygodnie, żeby dało się na nich drzemać, a w łazienkach są prysznice z ciepłą wodą, z których można swobodnie skorzystać.

 

Menu