Kilka dni w peruwiańskiej dżungli

Gęsta dżungla otaczająca brzegi jeziora Sandoval w Rezerwacie Przyrody Tambopata w Peru.

Dla większości turystów Peru to głównie inkaskie ruiny, piękne wybrzeże i wysokie Andy. Nie wszyscy jednak zdają sobie sprawę, że 60% powierzchni kraju pokrywa amazońska dżungla – dziewicza, zielona i bardzo gęsta puszcza, w której człowiek jest jedynie gościem natury.

Którą dżunglę wybrać?

Dżungla w Peru dzieli się zasadniczo na dwie części. Dżungla nizinna, Selva Baja, położona jest na wysokości do 1000 m.n.p.m. Dżungla wysoka, Selva Alta, powyżej 1000 m.n.p.m., rozciąga się na wschodnich zboczach Andów. Duże zróżnicowanie klimatu panującego na różnych wysokościach (ciepło na nizinach, a chłodniej wysoko w górach) sprawia, że dżungla charakteryzuje się wielką różnorodnością fauny i flory. Co więcej – dzięki izolacji niektórych jej obszarów wysoko w górach znaleźć można wiele unikalnych gatunków zwierząt.

Myśląc o wyprawie do dżungli jednak znacznie częściej wybiera się Selva Baja, nazywaną też po prostu dżunglą amazońską. Najkrócej scharakteryzować ją można w słowach – gorąco i wilgotno. Średnia temperatura w ciągu dnia wynosi tutaj 28°C, a wilgotność z reguły nie spada poniżej 75%. Przepływa przez nią wiele rzek, między innymi oczywiście Amazonka, Apurimac (będącą źródłem Amazonki), Urubamba, Manu czy Madre de Dios. Na terenie dżungli w Peru utworzono wiele parków narodowych i rezerwatów przyrody w celu ochrony tego pięknego i bardzo wartościowego krajobrazu.

Wśród nich dwoma najbardziej popularnymi bazami wypadowymi do dżungli są miasta Iquitos w północnej części kraju i Puerto Maldonado na południu, tuż przy granicy z Boliwią. Ze względu na kierunek naszej podróży po Peru wybraliśmy Puerto Maldonado. Miasto nie należy do małych, ale nie jest specjalnie piękne… Po niezbyt ciekawym pierwszym wrażeniu nie mieliśmy ochoty by je poznawać bliżej. Ale nie pojechaliśmy tam przecież, żeby zwiedzać miasto. Chodziło o coś zupełnie innego.

Ostatnie kwestie organizacyjne

Amazońska dżungla w niczym nie przypomina polskich lasów, dlatego zdecydowanie nie odważylibyśmy się wchodzić do dżungli na własną rękę. I dlatego też pierwszy raz od początku naszej podróży dookoła świata wykupiliśmy kilkudniową wycieczkę zorganizowaną. Obydwoje jesteśmy zdania, że akurat w tym przypadku lepiej jest zapłacić licencjonowanemu przewodnikowi, który zadba o nasze bezpieczeństwo, niż zaryzykować samotną wyprawę.

Rzeka Madre de Dios
Rzeka Madre de Dios

Wszystkie szczegóły ustaliliśmy mailowo jeszcze przed przyjazdem do Puerto Maldonado. Będąc już na miejscu dowiedzieliśmy się, że zupełnie nieplanowanie będziemy mieć przewodnika na wyłączność. Akurat na wybrany przez nas termin nie było więcej chętnych osób do naszej grupy językowej. I nie ma co ukrywać – taka zmiana bardzo nam pasowała! Po dopełnieniu ostatnich formalności, o wyznaczonej godzinie zabraliśmy plecaki i ruszyliśmy do małego portu. Stąd wraz z innymi turystami ruszyliśmy łodzią w półtoragodzinny rejs do oazy ukrytej w dżungli.

Witaj, o piękna!

Jak tu zielono i spokojnie! Odmiennie od Puerto Maldonado, pierwsze wrażenie jakie zrobiła na nas dżungla było bardzo pozytywne. Z wielką chęcią wybraliśmy się więc na spacer po okolicy. Ścieżka była dobrze wydeptana, ale bardzo wąska. Już po chwili Mirko, nasz przewodnik, zaczął zwracać naszą uwagę na pierwsze pająki i mrówki, dziwne żaby i rośliny, których wcześniej na oczy nie widzieliśmy. I wtedy też przestrzegł nas – jeśli cokolwiek poczujecie na sobie, czego wcześniej nie było, najpierw sprawdźcie co to jest. Uderzone odruchowo zwierzę/owad może ugryźć, a to może się bardzo źle skończyć. Cenna przestroga szybko weszła w nawyk Dawidowi, a w przypadku Patrycji na szczęście niekontrolowane odruchy nie skończyły się poważnymi ranami.

W dżungli
W dżungli (galeria)

W pewnym momencie Mirko kazał nam kucnąć i być cicho. Po chwili zrozumieliśmy dlaczego. W odległości nie więcej niż 10 m od nas usłyszeliśmy coraz bardziej wyraźny szum zarośli, łamane gałęzie i pochrumkiwanie. To stado około 30 dorosłych pekari przebiegło niedaleko nas. Próbowaliśmy je wypatrzeć między krzakami, ale nie wiedząc czego wypatrywać mogliśmy tylko nasłuchiwać. Mirko ostrzegł nas z resztą, że lepiej, żeby te dzikie świnie nas nie zauważyły i nie zwęszyły, bo rozjuszone potrafią być bardzo niebezpieczne i sam musiał kilka razy uciekać przed nimi na drzewo. Na pytanie czy jest jakaś możliwość, żeby nie narażając się zobaczyć pekari w naturalnym środowisku odparł, że niedaleko naszej oazy zadomowiła się jedna z tych dzikich świń. Faktycznie! Pumba, bo tak zaczeliśmy go nazywać, okazał się być taką mieszanką małej świni z dzikiem, bardzo przyjacielską i niesamowicie ciekawską. Co więcej – uwielbiał przychodzić i wymuszać pieszczoty 😉

Oswojone pekari
Oswojone pekari

Tego samego dnia po obiedzie popłynęliśmy na pobliską wyspę małp. Na tej niewielkiej wysepce żyje kilka różnych odmian małp – białe i brązowe kapucynki, małpy saimiri i małpy saguinus. Po wcześniejszym spacerze byliśmy bardzo podekscytowani na myśl o kolejnych dzikich zwierzętach. Niestety… mimo usilnych poszukiwań nie zobaczyliśmy ani jednej małpy. Całkiem prawdopodobne, że skryły się dalszej części wyspy, niedostępnej dla ludzi. Widocznie owoce, które ze sobą zabraliśmy nie pachniały na tyle intensywnie i apetycznie, żeby je zainteresować i zwabić 😉

Chwila słabości

Drugi dzień zapowiadał się bardzo ekscytująco. Pobudka wcześnie rano, spływ rzeką do Rezerwatu Przyrody Tambopata, 3-kilometrowy spacer przez dżunglę, a później pływanie łodzią i poznawanie tajemnic jeziora Sandoval. Obydwoje jednak zapomnieliśmy się dzień wcześniej i zrobiliśmy chyba największą głupotę, jaką mogliśmy zrobić w dżungli. Po umyciu zębów usta wypłukaliśmy wodą z kranu, a nie wodą mineralną. No niby nic wielkiego, przecież zwykle się tak robi… W tym jednak przypadku woda w kranie pochodziła z rzeki i poddawana była jedynie lekkiemu oczyszczeniu. Już noc dla obydwojga z nas była bardzo ciężka. Na zmianę biegaliśmy do łazienki z wymiotami albo biegunką. Rano wcale nie było lepiej. Czuliśmy się tak strasznie słabo i bardzo mocno się zastanawialiśmy czy przeżyjemy całodniową wycieczkę. Postanowiliśmy jednak spróbować przetrwać… I na prawdę było warto!

W Rezerwacie Przyrody Tambopata zobaczyliśmy kolejne niesamowite rośliny, których poprzedniego dnia nie zauważyliśmy spacerując po dżungli. W końcu udało nam się też dostrzec małpki kapucynki między gałęziami drzew, a wyjce i małpy saimiri nawet pozwoliły sobie zrobić zdjęcia! Samo pływanie łodzią po jeziorze było po prostu rewelacyjne! Woda była niczym tafla szkła, bardzo spokojna i przejrzysta. Bez problemu można było zobaczyć ryby przepływające niedaleko łodzi. W cieniu przy brzegu, między korzeniami drzew chowały się kajmany, a na wystających z wody konarach wygrzewały się w słońcu żółwie.

Rezerwat Narodowy Tambopata
Rezerwat Narodowy Tambopata (galeria)

Co chwile gdzieś nad głową przelatywały kolorowe ptaki, kormorany i czaple polowały na ryby, a w zaroślach na brzegu od czasu do czasu słychać było hoacyny. Ten ptak o kolorowym ubarwieniu i bardzo ciekawym wyglądzie często nazywany jest „śmierdzącym ptakiem”. Niezbyt miłe przezwisko zawdzięcza bardzo unikalnemu sposobowi trawienia pokarmu – odbywa się ono w wolu dzięki fermentacji bakteryjnej. Bardzo intensywny zapach wydzielany podczas trawienia sprawia, że dorosłe osobniki hoacyna nie mają zbyt wielu wrogów naturalnych.

Dżungla nocą

Dżungla oglądana za dnia ma w sobie coś z magii, oglądana nocą potrafi nieźle wystraszyć. Wąskie i ukryte pomiędzy gęstymi zaroślami ścieżki po zmroku wydają się być jeszcze węższe i jeszcze bardziej ukryte. Gałęzie i liany sprawiają wrażenie jakby pochylały się nad głowami dużo niżej niż powinny. Z ręką na sercu możemy przyznać, że lekki dreszczyk emocji towarzyszył nam przez cały czas podczas nocnego spaceru po dżungli. Szczególnie, kiedy zupełnie niespodziewanie o nogę otarł się ciekawski „Pumba”, który postanowił towarzyszyć nam w wyprawie.

Mrówki Bullet ant - Nocny spacer po dżungli
Nocny spacer po dżungli (galeria)

Nocą dżungla żyje trochę innym życiem. Ze swoich kryjówek wychodzą zwierzęta, które prowadzą nocny tryb życia lub zwyczajnie chowały się przed skwarem dnia. Na każdym drzewie zobaczyć można wtedy pająki – wielkie i kudłate albo gładkie i błyszczące. Nad głowami latają nietoperze, a wśród zarośli słychać cykady. Wszędzie dookoła zobaczyć można najróżniejsze insekty, a wśród nich mrówki, których użądlenie porównać można do postrzału z pistoletu.

Bullet ant (mrówka pociskowa), bo o niej mowa, często nazywana jest też mrówką 24-godzinną, ponieważ dokładnie tak długo trwa ból po ugryzieniu tej mrówki. To właśnie tych mrówek używają niektóre plemiona Indian w Amazonii podczas inicjacji młodych mężczyzn na wojowników. Podczas rytuału aspirant wkłada swoją dłoń w specjalną rękawicę, w której znajdują dziesiątki mrówek bullet ant i musi wytrzymać ich ukąszenia przez 10 minut, i nie zemdleć w tym czasie. Cały bolesny proces musi zostać powtórzony 20 razy, żeby mężczyzna uznany został za wojownika. Na tym krótkim filmie, produkcji National Geografic, możecie zobaczyć jak wygląda rytuał.

 

Innego wieczoru wraz z kilkuosobową grupą hiszpańskojęzycznych turystów, wsiedliśmy do łodzi i wyruszyliśmy na nocne „polowanie” na kajmany. Niestety tym razem nie towarzyszył nam Mirko. Zamiast niego wyprawę prowadziło dwóch innych przewodników, którzy zdecydowanie chcieli się popisać przed swoją grupą. Kiedy tylko dostrzegli na brzegu rzeki kajmana kierowali łódź w tamtym kierunku.

Kajman
Kajman

Celem jednak nie było pokazanie nam predatora z bezpiecznej odległości, a chęć złapania go. Każda próba kończyła się jednak niepowodzeniem, a my w większości przypadków mogliśmy zobaczyć jedynie ogon spłoszonego zwierzęcia chowającego się w wodzie. Na szczęście w drodze powrotnej udało nam się zobaczyć dorosłą kapibarę w trawach tuż przy brzegu.

Czas relaksu i zabawy

Choć pewne skutki zatrucia wodą czuliśmy aż do końca naszego pobytu w dżungli, reszta dni upłynęła nam pod znakiem odpoczynku, relaksu i dobrej zabawy. Dużo czasu spędzaliśmy w hamaku lub na leżaku, czytając książki lub po prostu kontemplując naturę. Jednego dnia Mirko zabrał nas na ryby. Choć sprzęt wędkarski składał się jedynie z kija, żyłki i haczyka to jednak udało nam się złapać kilka ryb 😉

Na rybach
Na rybach

Tego dnia ogólnie można powiedzieć, że mieliśmy szczęście do zwierząt. W drodze na ryby przepływaliśmy łodzią koło wygrzewającego się na słońcu węża, ponoć jadowitego, którego nazwy nie zapamiętaliśmy. Za to w drodze powrotnej na powalonym drzewie Mirko dostrzegł leniwca. Zupełnie mokry, świeżo po kąpieli, wspinał się po gałęziach najwyżej jak potrafił, zapewne chcąc się wysuszyć w słońcu. Nasz pierwszy leniwiec zobaczony na żywo! Wyglądał niesamowicie!

Leniwiec
Leniwiec

Kolejną rozrywką był spokojny, wręcz leniwy ale bardzo przyjemny spływ kajakiem z nurtem rzeki. Dzień był gorący i każde przypadkowe chlapnięcie wodą dawało sporo ochłody. W takich warunkach Dawid już nawet nie wkurzał się aż tak mocno na brak zdolności kajakarskich u Patrycji 😉

Kajaki na rzece Madre de Dios
Kajaki na rzece Madre de Dios

Kiedy już dopłynęliśmy kajakami do Wyspy Małp Mirko zaproponował nam kąpiel w rzece. Od razu zaczęliśmy się śmiać i zapytaliśmy – co może nas w tej rzece zjeść? Odpowiedział – „Niewiele – kajmany, anakondy, może jakiś inny wąż wodny… Ale o piranie się nie martwcie ;)”. Z taką rekomendacją każdy prawdopodobnie by wsiadł do kajaku i odpłynął. Woda była tak przyjemnie ciepła, my byliśmy już cali mokrzy, a skwar lał się z nieba niemiłosiernie, że ostatecznie  skusiliśmy się i popływaliśmy trochę niedaleko brzegu. Na szczęście nic nas nie pożarło, ani nawet nie spróbowało!

Tyrolka
Park linowy (galeria)

Najwięcej zabawy dostarczył nam jednak zjazd tyrolką i chodzenie po bambusowych kładkach zawieszonych wysoko między koronami drzew. Świetne przeżycie, przyjemny wzrost adrenaliny i to fantastyczne uczucie „WOW, ale pięknie!” kiedy stanęliśmy na najwyżej położonym tarasie widokowym. Pod nami rozciągała się gęsta dżungla, której końca nie mogliśmy dostrzec. Niedaleko przepływała szeroka rzeka Madre de Dios, która łagodnie opływała niedaleką Wyspę Małp. W oddali widzieliśmy kolorowe papugi latające nad wyspą, na której żyje ich całe mnóstwo. Po prostu nie mogliśmy się napatrzeć i zostaliśmy na tym tarasie niemal do zachodu słońca. To było idealne dopełnienie wszystkich niesamowitych wrażeń, jakich doświadczyliśmy podczas tej kilkudniowej wyprawy do dżungli.

 

Przydatne informacje:

  • Kiedy najlepiej wybrać się do dżungli? W porze suchej (od maja do listopada) czy deszczowej (od grudnia do kwietnia)? Ciężko jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Podczas pory suchej będzie nam na pewno goręcej. Jednocześnie nie zmokniemy wtedy tak mocno, choć i tak mogą się trafić opady deszczu. Poza tym w porze suchej poziom wody w rzekach jest niższy, rośliny nie kwitną tak intensywnie, a zwierzęta w ciągu dnia chowają się przed doskwierającymi wysokimi temperaturami. Za to w porze deszczowej temperatura powietrza robi się przyjemnie znośna, ale przez kilka dni bez przerwy może padać intensywny deszcz. Ziemia jest wtedy dużo bardziej rozmiękczona i ciężko się chodził, kiedy nogi zatapiają się w błocie. Jednak w tym czasie dużo intensywniej kwitną rośliny i zwierzęta częściej wychodzą ze swoich ukryć. My do dżungli zawitaliśmy w listopadzie i uważamy, że był to bardzo dobry czas.
  • Wybierając się do dżungli warto zadbać o odpowiednie wyposażenie plecaka. Co prawda wykupując zorganizowaną wycieczkę nie musimy martwić się o moskitiery czy wodę do picia, ale jest kilka rzeczy, o których zawsze warto pamiętać. Przede wszystkim odpowiednie ubrania do spacerów po dżungli. Będą to na pewno buty za kostkę, najlepiej na gumowej podeszwie, długie i lekkie spodnie, bawełniane podkoszulki z długimi rękawami, lekki płaszcz przeciwdeszczowy i nakrycie głowy. Nie może również zabraknąć kremu z filtrem przeciwsłonecznym i repelentów o wysokiej zawartości środka DEET.
  • Różnie podchodzi się do kwestii leków na malarię. To, czy je zabierzecie ze sobą czy też nie zależy od Was i zaleceń lekarza. My ich nie braliśmy z dwóch powodów. Po pierwsze, wyruszając z Polski nie mieliśmy w planie wycieczki do dżungli. Po drugie, gdybyśmy chcieli zabrać odpowiednią ilość leków na malarię na wizytę w dżungli, a później na całą Azję, to musielibyśmy mieć dodatkowy plecaczek przeznaczony tylko na te leki.
  • Oferty wszystkich biur podróży organizujących wycieczki do dżungli są do siebie bardzo podobne. My wybraliśmy ofertę firmy Carlos Expeditions, ale warto też zapoznać się z innymi, jak np. Puerto Maldonado Tours czy Tambopata Jungle ToursWyprawy mają różne ceny zależnie od długości wycieczki, od tego co chce się zobaczyć i w jakich warunkach ma się ochotę wypoczywać. Od stu dolarów za dwa, trzy dni w spartańskich warunkach po kilkaset dolarów za pokoje z internetem, prysznicem, basenem i innymi udogodnieniami.
  • Standardowe kilkudniowe pakiety wycieczkowe razem z wyżywieniem, noclegiem i transportem z i do miasta obejmują: spacer po dżungli w ciągu dnia i nocą, jedną lub dwie wycieczki do innych miejsc, np. gdzie żerują ary, oglądanie kajmanów nocą, zwiedzanie wyspy małp czy łowienie piranii. Również na miejscu skorzystać można z dodatkowych rozrywek, takich jak park linowy czy pływanie na kajaku.
  • I tak tylko dla przypomnienia – nigdy nie organizujcie wycieczki do dżungli sami! Są biura podróży zajmujące się od wielu lat organizowaniem wycieczek do dżungli, o których bez problemu możecie znaleźć opinie w internecie. Całkiem prawdopodobne, że będąc już w Puerto Maldonado, Iquitos czy innej „bazie wypadowej do dżungli”, znajdą się również osoby, które będą zapewniać, że lepiej i taniej pokażą Wam dżunglę bez agencji. Mogą nawet prosić, abyście sami spróbowali dotrzeć na miejsce. Lepiej jednak nigdy i nigdzie nie poruszać się bez lokalnego przewodnika.

Wideo

Galeria

Menu