Spotkanie z First Nations

W samochodzie podczas podróży do First Nations.

W tym wpisie będzie niewiele zdjęć, a część z nich pochodzi z różnych źródeł w internecie. Dlaczego ten wpis będzie inny od pozostałych? Bo ludzie, o których chcemy Wam opowiedzieć, poprosili nas o uszanowanie ich prywatność i tradycji. Będzie to „jedynie” i „aż” opis naszego spotkania i czasu spędzonego z rdzennymi mieszkańcami Kanady – First Nations.

Ten wpis dedykujemy Robertowi, którego marzeniem jest zapalić fajkę z Indianami.

Dziękujemy Ci za inspirację!

Indianie w Kanadzie

Jeszcze zanim ruszyliśmy w podróż dookoła świata słyszeliśmy różne opowieści o Indianach z Kanady. Określeniem „First Nations” nazywani są ludzie posiadający status „Indian” oraz część populacji nie mająca tego statusu, ale nazywająca się rdzennymi mieszkańcami Kanady. Obecnie na terenie całego kraju żyje 617 „First Nations”, reprezentujących ponad 50 różnych grup kulturowych i narodowościowych. Wśród tej grupy wyróżnić można ponad 50 różnych języków używanych przez rdzennych mieszkańców Kanady.

Mapa języków mieszkańców Ameryki Północnej przed kolonizacją europejską.
Mapa języków mieszkańców Ameryki Północnej przed kolonizacją europejską

Z badań przeprowadzonych w 2011 roku wynika, że 1,4 miliona mieszkańców Kanady należy do różnych grup określających siebie jako rdzenni mieszkańcy Kanady (65% to właśnie First Nations, 30% to Metysi, 4% to Innuici). Połowa z tej grupy mieszka w ośrodkach miejskich, a pozostała część kultywuje tradycję i pozostaje na uboczu od cywilizacji.

Przypadek…?

Jak pisaliśmy we wpisie o Quebec City – za namową Benoit wybraliśmy się zobaczyć wieloryby. Najtańszą opcją dojazdu do Tadoussac był Kangaride, czyli kanadyjski odpowiednik znanego w Polsce BlaBlaCar.

Kiedy dotarliśmy na umówione miejsce spotkania, uśmialiśmy się niesamowicie, bo zobaczyliśmy, że nasza podwózka to 5 lat starszy od nas VW Westfalia. Miła rozmowa z kierowcą i od słowa do słowa okazało się, że Tadoussac to tylko krótki przystanek na jego trasie. Celem jego podróży jest wioska Indian kanadyjskich, którzy w najbliższy weekend będą obchodzić ważną dla nich ceremonię, zupełnie niedostępną dla osób postronnych.

Patrycja i Dawid w trzydziestodwuletnim Volkswagenie Westfalia.
Nasza podróż Volkswagenem Westfalia

Nie do końca mogliśmy uwierzyć w to, co usłyszeliśmy. Od początku naszej podróży po Kanadzie szukaliśmy informacji, gdzie moglibyśmy spotkać Indian w ich wiosce lub w rezerwacie i nikt nie był w stanie nam pomóc. A tutaj takie zaskoczenie… Nie myśląc długo zapytaliśmy czy moglibyśmy pojechać z nim i zostać choć jeden dzień z ludźmi, których szukaliśmy od prawie 3 tygodni. Decyzja nie należała jednak do niego, gdyż zgody na odwiedziny osób z zewnątrz może udzielić jedynie głowa Klanu.

Zdjęcie z okna samochodu - w pierwszym planie lusterko samochodu, w drugim planie widok na rzekę Świętego Wawrzyńca.
Widok z okna podczas podróży do First Nations

Dostaliśmy pozwolenie, ale musieliśmy przywieźć podarunek. Po małej sugestii („dawno dobrego sera nie jadłem”) kupiliśmy 2,5 kg blok sera Gouda i pojechaliśmy przeżyć jedną z najciekawszych przygód, jakie do tej pory mieliśmy.

Pierwsze spotkanie z First Nations

Minęliśmy Tadoussac i jechaliśmy coraz dalej na północ. Po kilku godzinach zaczynaliśmy się poważnie zastanawiać czy aby na pewno dobrze robimy… W końcu dojechaliśmy na miejsce – schowane w lesie, przy brzegu rzeki. Miejsce zaciszne i ustronne, oddalone kilka kilometrów od sąsiednich miejscowości, zdecydowanie nie przeznaczone dla oczu osób nieproszonych.

Nasze pierwsze wrażenie – „To przecież wygląda jak pole kempingowe.” Wszędzie rozbite namioty lub ustawione przyczepy obok których stały stoliki i krzesełka. Dopiero po chwili zaczęliśmy przyglądać się twarzom obecnych tam ludzi. Większość z nich wyglądała dokładnie tak, jak sobie prawdziwych Indian wyobrażaliśmy – czarne włosy, ciemna skóra, skośne oczy i bardzo charakterystyczne rysy twarzy. Jak zauroczeni patrzyliśmy na nich, a oni na nas – oni byli dla nas egzotyczni, tak jak my (jako turyści z Polski) byliśmy egzotyczni dla nich.

Ponieważ najważniejszy w klanie jest szef, od przywitania się z nim należało rozpocząć wizytę w wiosce. Jean – nasz kierowca – wziął swój prezent, kazał zabrać ser i zaprowadził nas do szefa. Ten przywitał nas serdecznie, podziękował za prezent i poprosił o pomoc następnego dnia przy budowie namiotu na obchody nadchodzących uroczystości. Oczywiście, że pomożemy, przecież też po to tutaj przyjechaliśmy!

Musieliśmy spełnić tylko jeden warunek – żadnych zdjęć i filmów podczas naszego pobytu w wiosce. To jest ich prywatność, życie i tradycja, których nie chcą dzielić z nikim z zewnątrz, kogo nie zapraszają do uczestnictwa w tym życiu.

W namiocie z Indianami

Wychodząc rano z mieszkania Benoita kompletnie nie spodziewaliśmy się, że zamiast w hostelu w Tadoussac noc spędzimy gdzieś pośrodku lasu w wiosce Indian. Mieliśmy tylko śpiwory i trochę ciuchów, i nic poza tym – ani namiotu, ani jedzenia. Jedyne na co mieliśmy nadzieję, to na gościnność naszych gospodarzy. I nie zawiedliśmy się. Zaprosili nas do jednego z dużych namiotów, nakarmili, poczęstowali herbatą, a na noc użyczyli też materaca, żeby nie było nam aż tak twardo na ziemi.

Początkowo czuliśmy się nieco nieswojo – wszyscy dokoła nas rozmawiali po francusku, a jednym z niewielu słów, które potrafiliśmy zrozumieć, było „merci” 😉 Szybko jednak znalazły się osoby, które chętnie zaczęły z nami rozmowę po angielsku. Wśród nich był Buck – jeden z nauczycieli plemiennych. Tego wieczoru spędziliśmy dużo czasu rozmawiając – my jemu opowiedzieliśmy o naszej podróży, a on nam o swojej wizycie w Polsce 30 lat temu i o wielu innych podróżach, które odbył nauczając o kulturze Indian z plemienia Mi’kmaq.

Indianin tańczący w tradycyjnym kolorowym stronu.
Mężczyzna z plemienia Mi’kmaq w tradycyjnym ceremonialnym stroju

Siedzieliśmy w półmroku, w namiocie wypełnionym gęstym dymem papierosów, patrząc jak Buck wspiera się laską wyrzeźbioną w kształcie węża – było w tym widoku coś magicznego. Jak nam powiedział, laskę wyrzeźbił jeszcze za młodu z myślą o czasach, gdy będzie jej potrzebował. Wyjaśnił też, że Wąż w wierzeniach Indian jest wysłańcem Stwórcy, który z ukrycia nas obserwuje i śledzi nasze czyny. Do późna opowiadał nam o wierzeniach, symbolice i zwyczajach różnych plemion. Wyjaśnił nam też różnice między Indianami znanymi z filmów a tymi, którzy przemierzają kanadyjskie lasy oraz o tym, że pióra w Indiańskich strojach są niczym księga, z której można wyczytać kim dana osoba jest i co przeszła.

I prawdopodobnie rozmawialibyśmy dużo dłużej, gdyby nie świadomość, że rano wszyscy muszą wstać i dokończyć budowę namiotu na nadchodzące uroczystości.

Pomoc w przygotowaniach

Pobudka i śniadanie wcześnie rano, i tuż przed 9:00 przygotowani zgodnie z zasadami – Patrycja w długiej spódnicy (pożyczoną przez jedną z kobiet), a Dawid z czerwoną przepaską na głowie (otrzymaną w prezencie), ruszyliśmy w stronę placu, gdzie ustawiony miał być namiot.

Konstrukcja namiotu budowanego na obchody ceremonii przez First Nations.
Przykład namiotu budowanego przez First Nations

Początkowo Patrycja miała jechać z innymi kobietami do lasu po gałęzie cyprysu, jednak tuż przed wyjazdem Buck powiedział „Nie można brać się za ustrajanie domu, nie wiedząc jak się go buduje… Niech obydwoje zostaną i pomogą w budowaniu namiotu” – i obydwoje zostaliśmy. Każdy miał swoje zadanie – mężczyźni cięższe, kobiety lżejsze – ale wszyscy współpracowali, żeby jak najbardziej pomóc pozostałym osobom. Namiot, który pomagaliśmy budować, miał około 100 metrów długości i 25 metrów szerokości.

Podczas tych kilku godzin wspólnej pracy często któryś z nauczycieli siedzących w cieniu drzew wołał nas do siebie i opowiadał o kulturze, tradycji i kolejnych etapach przygotowań do święta, którego obchody miały się zacząć następnego dnia. Podczas pracy poznaliśmy też mnóstwo interesujących osób, usłyszeliśmy wiele ciekawych historii z życia Indian i dowiedzieliśmy się więcej o ich wierzeniach i społeczności.

Czas jechać

Dzień nam minął niesamowicie szybko. Tu trochę pracy, tam trochę rozmów i… „o kurcze, czas się zbierać.” Mimo że wiele osób namawiało nas, żebyśmy zostali, gdyż następnego dnia zaczynało się świętowanie (które miało trwać przez 4 dni), ale niestety mieliśmy już kupione bilety na samolot do USA. W mniej niż 48 godzin musieliśmy pokonać ponad 350 km, żeby dotrzeć do Quebec i odebrać nasze rzeczy, a jedyny transport na jaki mogliśmy liczyć, to było łapanie “stopa”. I choć mieliśmy mieszane uczucia – wracać i zdążyć na samolot, czy zostać i stracić bilety, ale wziąć udział w święcie Indian, w tym jednym punkcie postanowiliśmy trzymać się planu i zdecydowaliśmy, że wracamy.

Jeszcze podczas pracy Buck podszedł do nas i powiedział „Jeśli jednak zdecydujecie się jechać dzisiaj, to przed wyjazdem wstąpcie do mnie.” Po spakowaniu wszystkich rzeczy poszliśmy się pożegnać ze wszystkimi, a zaczęliśmy od Bucka.

Zaprosił nas, żebyśmy usiedli razem z nim i dodał „Nie mogliście robić żadnych zdjęć, ale dostaniecie coś na pamiątkę”. Ze swojej torby, wykonanej ze skóry wydry (pierwszego zwierzęcia, jakie upolował w swoim życiu), zaczął wyjmować różne rzeczy.

Prezent od Indianina - warkocz wykonany z trawy cukrowej.
Warkocz z trawy cukrowej

Pierwszą rzeczą, którą nam podarował, był warkocz wykonany z trawy cukrowej, który Indianie zawieszają nad wejściem do domu lub namiotu. Ma on za zadanie chronić mieszkańców przed złymi duchami, a dym podpalonego warkocza oczyszcza duszę i ciało z różnych dolegliwości.

Następnie dał nam do spróbowania korzeń osha (Ligusticum porteri), czyli tzw. „niedźwiedzi korzeń”, o bardzo intensywnym zapachu i ostrym smaku. Roślina ta ma podobne właściwości jak znana jeżówka (echinacea purpurea) – wspomaga odporność i ma działanie antybakteryjne. Według słów Bucka żucie tego korzenia oczyszcza ciało i otwiera umysł. Dosłownie odrobina wystarczyła, żeby intensywny gorzko-pikantny smak na długi czas pozostał na naszych podniebieniach.

Prezent od Indianina - wykonana ręcznie skórzana torebka zawierająca suszone zioła.
Torebka z ziołami

Po korzeniu Buck wyjął ze swojej torby ręcznie wykonaną, kolorową skórzaną torebkę. W torebce tej znajdowała się suszona szałwia. Był to prezent dla Patrycji, gdyż to przede wszystkim kobieta w domu dba o zdrowie rodziny. Dodał, że szałwii tej można użyć zarówno w celach leczniczych, jak użyć dymu dla oczyszczenia aury wokół nas. Dawidowi podarował trzy krucze pióra związane czerwoną nitką i rzemieniem, które mają służyć do okadzania domu dymem z palonej szałwii.

Prezent od Indianina - trzy krucze pióra związane czerwonym sznurkiem.
Krucze pióra

Na koniec wyjął z torby swoją ręcznie rzeźbioną fajkę i położył ją na skórze rosomaka (powiedział, że jest to ostatnie zwierzę, które upolował w swoim życiu). Podczas nabijania tytoniu opowiedział o tym, w jaki sposób tworzone są fajki u Indian. Jego fajka była ponoć jedną z siedmiu w Kanadzie odpaloną od zabytkowej fajki Indian, która obecnie znajduje się w muzeum. Po skończeniu opowieści odmówił modlitwy, kierując fajkę po kolei w stronę nieba (do Stwórcy), ziemi (Matki Ziemi) oraz na 4 strony świata, a następnie podpalił tytoń i kolejno podawał nam fajkę, żebyśmy z nim palili. I o ile nie jesteśmy wielkimi fanami palenia tytoniu, o tyle ta fajka była dla nas wyjątkowym doświadczeniem. Nie spodziewaliśmy się, że przyjdzie nam palić prawdziwą fajkę ze starym Indianinem, w indiańskiej wiosce ukrytej w lesie…

Calumet - fajki ceremonialne
Calumet – fajki ceremonialne

Po spaleniu fajki pożegnaliśmy się z Buckiem i poszliśmy pożegnać się z osobami, z którymi najwięcej czasu spędziliśmy. Żegnając się z szefem klanu usłyszeliśmy, że gdybyśmy jeszcze kiedyś chcieli przyjechać do nich, zawsze będziemy mile widziani. Podziękowaliśmy za gościnę, zabraliśmy nasze rzeczy i poszliśmy w stronę drogi spróbować złapać „stopa” w stronę Tadoussac.

Przydatne informacje:

  • Indian w Kanadzie można zasadniczo podzielić na dwie grupy. Do pierwszej z nich można względnie łatwo dotrzeć, gdyż ich rezerwaty są otwarte na turystów, często mają własne strony internetowe lub ubrani w tradycyjne stroje zarabiają na pozowaniu do zdjęć. Druga grupa Indian bardzo strzeże swojej prywatności, nie afiszuje się ze swoimi tradycjami, a żeby móc do nich dotrzeć, trzeba wiedzieć gdzie ich szukać lub poznać kogoś, kto zaprosi do spędzenia czasu w ich wiosce.
  • Gdybyście chcieli dowiedzieć się więcej o rdzennych mieszkańcach Kanady sporo informacji znajdziecie na angielskiej stronie internetowej Aboriginal Affairs and Northern Development Canada.

  • Agnieszka i Robert

    Hej podroznicy.Dzieki za dedykacje ,zazdroszcze WAM takiego spotkania i mozliwosci bycia z ludzmi ktorych kulture i zwyczaje podziwiam od dziecinstwa .Ile ja bym dal, aby byc tam razem z Wami i przezyc to co Wy-dla mnie podroz wokoł swiata zakonczyła sie by w tym miejscu – juz bym tam został z nimi ..DZIEKI wielkie raz jeszcze i pozdrowienia.

    • Podczas całego pobytu u Indian myśleliśmy właśnie, że Tobie by się tu podobało 🙂 Wbrew pozorom Kanada nie jest tak daleko – i nie ma szczególnych wymagań wizowych.
      Mamy też namiary do paru z nich oraz zaproszenie – jak tylko się zdecydujesz, to możemy jechać 🙂

Menu